Siedzieliśmy w parku jedząc bułki, kiedy Suchy nagle zaczął coś tam mamrotać z pełną gębą. Nikt go nie słuchał, nawet kiedy wstał i zaczął machać swoimi za długimi łapskami. Koza patrzyła na niego jak na debila i pukała się w czoło, reszta żuła swoje bułki i w dupie miała Suchego i jego szopki.
W końcu Suchy przełknął i sapnął:” O, kurwa!”. A jego wielki paluch wskazywał na coś za naszymi plecami. Oczy miał wielkie jak rondle zeptera, więc odwróciliśmy głowy. Od placu bankowego nadciągał wielki cień. Jak chmura. Jak zapowiedź potężnej ulewy. Ale było w nim coś dziwacznego, jakieś złowrogie napięcie. Zamknęliśmy się i wtedy usłyszeliśmy najdziwniejszy dźwięk świata. Jak szum fal, albo łopot firanek, ale dużo głośniejszy. Cień przesuwał się w naszą stronę nasilając szum. Nie było wątpliwości, że jakoś się ze sobą wiązały.
Jakoś wiązały się też pewnie z tłumem ludzi biegnących w naszą stronę z przerażeniem na twarzach. Mieli szeroko otwarte usta i widać było, że krzyczą. Ale nadal nie było słychać nic oprócz łopotu. Coraz głośniejszego. Siedzieliśmy jak głupole z otwartymi gębami i niedojedzonymi bułkami w zmarzniętych dłoniach i patrzyliśmy na to wszystko nie rozumiejąc nic.
I wtedy Lans spojrzał w górę. I wszyscy popatrzyliśmy za nim. Na niebie wisiało ogromne ptaszysko. Wielki brązowy potwór rozmiarów Boeinga. Chybotał się między chmurami koślawo i niepewnie. Żółte łapy wisiały pokracznie pod ogromnym kuprem. Nieproporcjonalnie małe ślepia wpatrywały się w zadeptujący się tłum. Dziób miało to to rozdziawiony. Wisiało nad miastem i mógłbym przysiąc, że śmiało się, że ten dziób krzywił się w kpinie. Ludzie biegli, potykali się o niezwiązane sznurowadła i nogi innych. Krzyczeli bezgłośnie i wyciągali ręce, żeby się odpychać , nikt nie ustępował drogi dzieciom i kobietom w ciąży. W dupie mieli staruszków i kaleki. Wszyscy parli przed siebie na oślep. Tylko my siedzieliśmy, zbyt zdziwieni by się ruszyć. Zbyt zaskoczeni, by myśleć choćby. Cień przesuwał się bliżej i bliżej, aż w zenicie mieliśmy ptasie podbrzusze. Aż widzieliśmy tylko umazane błotem czy gównem pióra skrzydeł tuż nad naszymi głowami. Aż musieliśmy zakrywać uszy żeby nie ogłuchnąć od szumu. „Kaczucha” wyczytałem z ust Suchego, kiedy to ptasie dziwadło podnosiło go z ziemi za kaptur. „Kaczucha” powtarzał Suchy kiedy jego nogi dyndały bezwładnie nad ziemią. Patrzyliśmy na jego za długie ręce kiedy zdziwiony drapał się po głowie wisząc z dzioba ptaszyska. „Kaczucha” powtórzył rozbawiony, zanim kaczucha zgrabnym ruchem wielkiego łba podrzuciła go i chwyciła w locie w szeroko rozdziawiony dziób. Widzieliśmy zarys jego zbyt długich rąk wyraźnie przesuwających się wzdłuż ptasiego przełyku.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
OOOOOOO - powiedział Gobell z rozdziawioną paszczą- there's a new blog on the web!!!! A ja myślałam naiwnie, że ten "Aromat..." to o WYSPIE:))) i wcześniej nie sprawdziłam:(
Po prostu Mroczne Widmo...;+)
:)
Prześlij komentarz