czwartek, marzec 16, 2006

Krótka lekcja gry na trąbce


Akord 1

-Sam, nalej mi, honey. Tak jak lubię- Betsy płynie przez salę. Aksamitna suknia otula jej ciało. Patrzę z podziwem na jej piękne czarne dłonie i silne nogi, w których najpiękniejsze jest to, że mogę mówić, myśleć o nich „czarne”, że polityczna poprawność ich nie wybieliła. Sam uśmiecha się znad wyprasowanego kołnierzyka. Leje wódkę. Tak jak lubi Betsy. Ona też uśmiecha się i odpala papierosa swoją złotą zapalniczką, którą dostała pewnie od któregoś z wielbicieli. Jak ten biedny głupiec, którego znaleźli martwego. Jak tylu innych. Zaciąga się powoli. Ma duże leniwe usta. Sam kocha ją od kiedy pierwszy raz zobaczył jak pali. Jakby jadła opłatek. Jakby z każdym wdechem ratowała ludzkość od zagłady. Jakby błogosławiła narody. Święta Betsy od odpalanego papierosa. Załóżmy jej kościół- mówię do Sama, bo też ją kocham. Betsy patrzy na mnie przez ramię i wydmuchuje dym. -Zagraj - mówi swoim szarym głosem. – Zaśpiewasz? -pytam w odpowiedzi, myśląc, że dla niej mógłbym grać całą noc. Ale kręci głową sięgając po popielniczkę. Zawsze odmawia. A ja zawsze pytam. Sam wzrusza ramionami i odwraca się do klientów. Betsy siada przy moim stoliku i odprawia swoją mszę bycia Betsy, mszę powolną i smutną jak jej piosenki. Mszę z dymu i wódki.


Akord 2

Zamknij okna a ja zastawię drzwi szafą, bo zjedzą nas faksy, zaduszą kable. Słyszysz, jak groźnie warczy lodówka? Dziurkę od zamka zapchamy watą. Na ścianach rozwiesimy dźwiękoszczelne zdjęcia naszych stóp. Dotknij mojej głowy. Czujesz? Już tam jest. Już jestem zarażony. Uciekaj, albo wyrzuć mnie jak telewizor. Nie, nie możesz zostać, dla Ciebie to nie ma sensu. Skończ z tymi romantycznymi bzdurami. To nie titanic, to Warszawa. Nie dotykaj mnie, dobrze wiesz, że to zaraźliwe. Nie dotykaj, kocham Cię. Wiem. Wiem. I dlatego muszę już iść. I tak już nie ucieknę od niego. Ale ty musisz. Nie możesz tak po prostu mnie trzymać. Operacja? Ty? Nie ma sensu. Za duże ryzyko. Nie płacz. Nie o to chodzi. Dobrze. Weź nóż. Ogolisz mi głowę najpierw. O tak, jeszcze na karku. Nie bój się. To nie może boleć. Nie boli. Krew? To nic. Tnij dalej. Czy ten chrobot to kości już? Czaszka? Jaki ma kolor? Hm... Na biologii kiedyś się zastanawiałem, ale to było dawno, może w piątej klasie. I jednak, miałem rację. Coraz trudniej mi mówić. Ty mów. Aha, no tak. A pamiętasz jak byliśmy... Jak to już? Pokaż. Tak, jest straszny. Na trzy cztery otwieram okno a ty rzucaj. Tylko szybko, zanim wlecą inne. Ufff.

Akord 3

Tramwaj pusty. Światła migoczą za oknem. Warszawa zlewa się w pasmo bruków
i mgieł. Patrzymy na siebie, bo nie mamy wyjścia. Przystanek X, Y, Z. Wyglądasz jakbyś nigdy nie śnił. Ja pewnie wyglądam tak samo. Wymięci. Wyssani. Twoje oczy nie
opowiadają historii. Nie patrzą przenikliwie. W głowie stawiasz pasjansa ze starych
pocztówek. Każde po swojemu płacze nad powstańcami. Tekstura asfaltu. I moje w
dzieciństwie poobijane kolana. Prawdziwy ból. Rocamadour się nie obudzi, chociaż
kompresy zawsze szczypią. Liście już się znudziły wiszeniem. Film o jesieni w Paryżu
dzieje się w Tokio. Oglądaliśmy go ze środkowego rzędu w małym kinie. Śmieszny
bileter uśmiechał się do nas zachęcająco i daliśmy mu wiarę. Słusznie. Jeden z wielu
dobrych wyborów. Bohater marznie w nieskończonej marmurowatości. A gdy się
wypełniły dni....To było pokolenie. A popatrz na nas. Światła samochodów rozmazują się za brudną szybą. Może będzie tęcza. Opowiadała mi o archipelagach szczęśliwych
rysując patykiem kółka na mokrej ziemi. Ciągle pachniało burzą. Witryny. Święta znów
będą nieudane. Mikołaj zapomni adresu. Spali się strucla. Lepiej nie wychodzić z domu i nikogo nie zapraszać. Lepiej będzie dla wszystkich jeśli zgubi się kalendarz. Spóźniony pasażer dosiada się do nas i przez chwilę czekamy na diagnozę. Bezsensownie. Jeszcze nie ochłonął po biegu. Goni go czas. Niebo pochmurne. A może tylko osowiałe. Jak my. Wszak na podobieństwo Boga... Podłą ma twarz i zmęczone nogi. Mój Bóg ma rozpięty płaszcz i stare trampki. Jak jego człowiek.




Akord 4

Wracaj do domu. Nic tam po tobie. Nie patrz już na tę krew. To Cię zmieni i może już nigdy nie będziemy mogli się przytulać. Boję się, że nie będziesz umiał mnie dotykać jak kiedyś. W nocy śnią mi się dzieci bez oczu, niosące transparenty utkane z włosów poległych i lewitujące czołgi. Ty drapiesz się w głowę czyszcząc broń. W dzień muszę rozmawiać z sąsiadami. Na klatce zaczepiła mnie wczoraj pani X, w sklepie pan M. Pytają o Ciebie z minami zafrasowanymi. Czekam, kiedy podarują mi czarne sukienki. Jesień w tym roku jest zimą. Codziennie odgryzam kawałek kalendarza. Żuję go na śniadanie. Pralka się zepsuła od nieużywania. Sofa skrzypi. A ja powoli zapominam o rzeczach. Na naszych zdjęciach twoja twarz poczwarnieje każdego dnia. Moja blednie. Sztuka znów górą. W telewizji mówią o was z za mała dumą spod której wystaje strach. Pani spikerka ma czarne krótkie włosy i duży nos. Dostałam list od Pana Prezydenta i kupon na nagrobek. Jeśli nie wrócisz wyryję na nim „Kłamca”

.

1 komentarze:

taka sobbie pisze...

Smutek mnie ogarnal.. znowu -ostatnio zbyt czesto to robi.. a nad 'krotka lekcja..' chyba lze uronie