sobota, marzec 11, 2006

Niewidoczni

Dla A. i K.


-To kiedy się spotykamy? – spytała w końcu Zuza i spojrzała na Mewę. – Może być w piątek?
-Może być w piątek. – wzruszyła ramionami Mewa.
-No to jesteśmy umówione, jeszcze się dokładnie dogadamy w szkole.
Krótkie, lekko zażenowane pożegnanie i każda poszła w swoją stronę. Zuza podbiegła i wskoczyła do pustawego o tej porze tramwaju, usiadła, prześlizgnęła się szybkim spojrzeniem po skurczonych z zimna pasażerach i skierowała wzrok za szybę, na ciemne i zamglone miasto.
Mewa stanęła pod wiatą przystanku i wyjęła kolejnego papierosa. Dym wymieszany z parą otulał ją i krył jeszcze skuteczniej od mgły. Na autobus o tej porze mogła czekać jeszcze długo, ale, pomimo zimna, ten wyludniony, zanurzony w szarości i mroku przystanek podobał jej się – przynajmniej dopóki miała jeszcze papierosy.

Spotykały się od paru miesięcy, dosyć nieregularnie, ale zawsze tylko we dwie. Chodziły do Aurory, a kiedy ją zamknęli, do Jadłodajni Filozoficznej i piły, zawsze wino i zawsze grzane – rytuał wiązał się z ogrzewaniem zgrabiałych dłoni ciepłem szklanek i zapalonymi zapałkami, które dla niepoznaki ożywiały papierosy, a papierosy musiały być. Przynosiły ze sobą zapisane kartki, które trzeba było szybko przeczytać, pochylając głowę z powodu braku światła. Potem mówiły jakieś słowa i słuchały innych słów. Patrzyły w przestrzeń zaciągając się papierosami i z przykrością obserwowały jak w szklankach ubywa wina. Rozmawiały, czasem się śmiały, czasem milczały. W końcu wychodziły, szły razem w stronę Placu Zamkowego i rozstawały się przed przejściem dla pieszych.

Mewa wysiadła i z rękami w kieszeniach płaszcza ruszyła w kierunku akademika. Wzdrygnęła się - wilgotny marcowy chłód przenikał ją na wskroś. Wcześniej, kiedy piła z Zuzą, było jej ciepło i chciała żeby już tak zostało, ale potem, jak zwykle poczynając od stóp, koniuszków palców i nosa, marzła. Kiedy wchodziła do akademika była już zupełnie zziębnięta. Natalia wyjechała na weekend do domu, więc chwilę przetrząsała sztruksową torbę w poszukiwaniu kluczy. Książka, kserówki, rzeczy na korki, butelka z resztką wody, tabletki od bólu głowy, rozpadająca się papierowa teczka... W końcu dostała się do środka, rzuciła torbę na łóżko i zdjęła długi pasiasty szalik. Przechodząc obok wieży włączyła ją i usiadła na łóżku obok, żeby zdjąć glany. Stara i dawno już passé płyta Nirvany zabrzmiała zmęczonym dwudziestoletnim głosem Cobaina. Znała ją na pamięć. Jej pisanie chyba zaczęło się od Nirvany i podobnie jak Kurt, nigdy żadnej nirwany nie osiągało. Tylko znużenie i ból. Dobry tytuł, pomyślała uśmiechając się w duchu, tylko nie bardzo wiadomo do czego. Sprawdziła, czy w czajniku elektrycznym jest woda i zaczęła robić sobie herbatę. Miała nadzieję, że nie zauważyli jej ci z drugiego piętra i nie przyjdą zabrać ją na imprezę. Chciała skorzystać z nieobecności Naty i pobyć trochę sama. Usiadła po turecku na łóżku i postawiła zaparzoną herbatę na stoliku obok wieży. Wyjęła z torby skserowaną i oprawioną książkę i otworzyła na drugim rozdziale. Muzyka nie przeszkadzała jej, była naturalnym dopełnieniem tego miejsca, jego półmroku, pomarańczowych ścian, herbaty i jej siedzącej po turecku na łóżku. Rozdział, który miała do przeczytania na poniedziałkowe ćwiczenia był jeszcze głupszy od poprzedniego. Ale, tak jak i tamten, trzeba go było oprawić i wypatroszyć wycinając wnioski i definicje kolorowym flamastrem i wyrzucając całą resztę. Tylko jakieś leniwe poczucie obowiązku sprawiło, że wszystko przeczytała. Po zakreśleniu ostatniego zdania rzuciła książkę niedbale na torbę i sięgnęła po papierosy. Zgasiła światło, otworzyła okno i usiadła na parapecie. Gorący płomień zapałki na moment oszukał jej dłonie. Zaciągając się raz za razem obserwowała wzór tworzony przez jasne i ciemne okna w bliźniaczym akademiku stojącym po drugiej stronie ulicy. W pokoju naprzeciwko niej światło było zgaszone. I bardzo dobrze, pomyślała Mewa. Było całkiem cicho i wprowadzając się jakby w trans rytmem wdechów i wydechów zaczęła łapać słowa, które przepływały jej przez głowę. Strzępki czytanej książki szybko ustąpiły określeniom i porównaniom, które brały się nie wiadomo skąd, jakby wciągała je razem z dymem coraz krótszego papierosa. Czuła, że pojawia się już pierwsze zdanie, ale wtedy przypomniało jej się, że ma jeszcze wypracowanie do sprawdzenia i te wszystkie kuszące i piękne słowa zaczęły wirować i uleciały gdzieś ponad dach akademika. Zaciągnęła się ostatni raz, bardzo, bardzo powoli.

Zuza weszła na ciemną, śmierdzącą kotami klatkę kamienicy i weszła na trzecie piętro. Kiedy weszła do mieszkania zalało ją oślepiające światło starego żyrandola, białych ścian, lustra i oszklonych drzwi do pokoju. Nieskończone białe pustkowie światła w czterech ścianach, pomyślała zdejmując kozaki. Z pokoju wyszła, uśmiechając się jak zawsze łagodnie przymkniętymi oczami, Ola – jak zawsze z rozkosznie rozmamłanymi blond włosami (Zuza wiedziała jak wiele pracy kosztuje ją ta fryzura każdego ranka), i przywitała się miękkim całusem i od razu wiesz co, ten koleś, z którym się umówiła i któremu chyba naprawdę zawróciła w głowie, chociaż naprawdę nie wie jak i dlaczego i że nawet odprowadził ją pod sam dom, chociaż mieszka w Wilanowie, a wiesz, nie wziął samochodu, i ona mu powiedziała, że Zuza jest w domu, żeby nie wchodził, no bo bez przesady, w końcu widzi go drugi raz w życiu, chyba dobrze zrobiła, nie?
-Dobrze zrobiłaś. – powiedziała Zuza po raz kolejny chcąc, żeby to, co mówi miało jakiekolwiek znaczenie. Bo Ola właśnie tak samo pomyślała, że w końcu bez przesady, w końcu każdy facet jakby mu pozwolić to by chciał iść do łóżka od razu na pierwszej randce, a ona taka nie jest, przemyślała to, poza tym, jak myśli, że jesteś łatwa, to cię nie szanuje, ale co tak śmierdzi, jak ty śmierdzisz papierosami, za dużo palisz, to fatalnie robi na cerę, ona cię musi jakoś uratować, co ty, znowu idziesz palić, przecież to okropne, to się nazywa chain smoker, czyli palacz łańcuchowy, bo to jest jak łańcuch, że się tak ciągle wiesz, jednego od drugiego, czy wiesz o ile ten papieros skraca ci życie?
Zuza wiedziała o ile skraca jej życie ta rozmowa, więc poszła na balkon. Zapaliła i oparła się o barierkę. Mgła zalegała nad miastem tłumiąc światła latarń i samochodów. Popatrzyła w górę. Gwiazd nie było widać, cała droga mleczna utonęła w brudnym mleku, dziś wieczorem tonęła w nim i Zuza. Strzepnęła popiół za balustradę i zastukała na niej długimi paznokciami. Nagle wyrzuciła z rozmachem niedopalonego papierosa i szybko weszła do pokoju. Jej wzrok padł na biurko, na którym leżał zeszyt. Otworzyła go na chybił trafił i pomiędzy notatkami z wykładów znalazła puste miejsce, kilka linijek przerwy. Nie siadając napisała:
Barwna folia oczu
Skreśliła i zaczęła gorączkowo pisać, jakby nie mogła już wytrzymać z tymi słowami pod czaszką, między językiem a podniebieniem, w dłoni:
Przez barwną folię moich oczu
i paznokci
Nie rozpuszcza jej aceton
ani łzy
Rozczapierzam
się by pochwycić
Lecz wyślizgujesz się i
pozostaje
tylko
Nie wiedziała jak skończyć. Zawahała się i usiadła. Przeczytała, potem jeszcze raz, ale ślizgała się tylko po sylabach i z ostatniego słowa spadała bezradnie w białą przepaść w kratkę.

C.D.N. (chyba)

3 komentarze:

jacuzz pisze...

czy ty nie przestaniesz mnie zaskakiwać
kiedy to napisałeś
bardzo bardzo
niech nastąpi C.D.

zzzz pisze...

zawał
czyżby wczoraj
artysto?

jakuzz chyba nalezy tez cos zadedykowac,
pisac
po
dla
hm?

kaffa pisze...

o, pablo, to ty tez w koncu piszesz. wow.