poniedziałek, październik 23, 2006

* * *


Było już ciemno. Czerwcowy wieczór był jednak ciągle gorący. Nagrzana ziemia parowała. Ludzie zniknęli z ulic, chowając się przed gorącem i zapachem kotów, których w tej części miasta przypadało 5 na jednego mieszkańca. Na ulicy nie było nikogo, oprócz mnie. A może tylko nikogo nie widziałam. W każdym razie, wydawało się, że należy tylko do mnie. Szłam powoli oddychając głęboko. Samochody jeździły ospale. Wydawało się, że kierowcy chcą jak najdłużej nie wracać do domów. Dawno nie byłam tak spokojna.

Patrzyłam na chodnik ułożony ze starych, popękanych płyt z napisem CZP. Liczyłam je, myśląc co może oznaczać ten skrót. Ale nic nie przychodziło mi do głowy. Oglądałam ten napis od zawsze. I nigdy nie dowiedziałam się co oznacza. Nie miało to żadnego znaczenia, ale w ten wieczór zastanawianie się nad nim było jedynym zajęciem, jakie przychodziło mi do głowy.

Doszłam do przejścia, nie wymyśliwszy żadnego rozsądnego rozwinięcia. Przy samym krawężniku stał mały chłopiec. Mógł mieć 6 może 7 lat. Ubrany w brudne zielone spodenki na szelkach wyglądał jak Pinokio na obrazku w mojej pierwszej książce z dzieciństwa. Rękawy koszulki z kołnierzykiem kończyły się nad podrapanymi łokciami. Stał przy krawężniku i spoglądał na jadące auta. Kiedy podeszłam podniósł na mnie swoje duże czarne oczy. Miał ładną, okrągłą buzię i ślady podrapania na nosie. Zastanawiałam się co robi sam w nocy. W dodatku byliśmy niemal poza miastem. W tym rejonie nie stało dużo domów. A już na pewno nie było w nich dużo dzieci.

-Chcesz przejść?- zapytałam cicho. Pokiwał głową.

- Ale one ciągle jadą.

- Przejdź ze mną. Nic nam się nie stanie.- odpowiedziałam patrząc na jego zmierzwione włosy nad opaloną buzią. Nie znałam go. Może nie był z okolicy, ale w takim razie, co mógł tu robić.

- Dobrze.- uśmiechnął się i ufnie podał mi rękę. Jego lepka łapka zniknęła w mojej dłoni. Nie odzywaliśmy się, a ja czekałam na moment odpowiedni, by przejść z dzieckiem. Pomyślałam, że muszę pamiętać, że pewnie, będzie szedł wolniej. W końcu wszystkie auta zniknęły. Popatrzył na mnie pytająco. Skinęłam głową i weszliśmy na jezdnię. Szedł szybciej niż przypuszczałam. Może dzieci nie chodzą jednak wcale tak wolno. Dotarliśmy do drugiej strony ulicy i chłopiec puścił moja rękę. Zapytałam gdzie jego mama.

- Ja nie mam mamy.- odpowiedział spokojnie. Jego gładka buzia nie zmieniła wyrazu.

- A tata?

- Taty też nie mam. – znów brak żalu, czy strachu.

- Ale gdzie mieszkasz? Musisz mieć przecież jakiś dom.- Zaczynałam się o niego martwić. Pokręcił tylko głową.

- To gdzie śpisz?

- Nigdzie.- Zrobiło mi się strasznie smutno.

- Ale skądś przyszedłeś. Skąd się tu wziąłeś?- pytanie nie było oskarżycielskie. Zdziwiłam się, że mój głos może brzmieć tak ciepło. Wyciągnął do mnie ramiona, podniosłam go i powtórzyłam

- Skąd się wziąłeś?- Uśmiechnął się i odgarnął włosy z czoła. Przytulił się do mojego ramienia i niemal niesłyszalnym szeptem powiedział mi do ucha

- Ze smutku twoich przyjaciół.

2 komentarze:

Pablo pisze...

Nieby male i niepozorne jak ten chlopczyk, ale wzruszylem sie. Serio serio.
No i tym razem nikt mnie nie opisuje jako mordercy-osieracacza.

missy g pisze...

Zgadzam się z przedmówcą + takie to jakieś ładne i ciepłe