wtorek, maj 18, 2010

Kompletnie bez morału

Słuchanie smutnych piosenek przestało mieć sens. Bo na co dzień smutniej jeszcze. Co to za ucieczka. Serce pękło już dawno, więc teraz od muzyki nie może już pękać. Nawet jeśli głos pełen dymu, trąbka smutna i jak za mgłą wszystko.
Film ładny, ale w głowie obrazy zupełnie inne, straszniejsze. Bardziej by za serce łapały, za krtań, za opuchnięte oczy. Aż do pisku pierwszego, aż do krwi. Spocony widz nie wiedziałby co robić, jak się w tym wszystkim połapać. I potem kiwając głową, mówiłby: jak to dobrze, że to tylko film. A to życie jest. Poczwarne, koszmarne, złe. Moje.
Dużo dłużyzn, więcej nawet niż w telenowelach. Tylko dialogi świetne, dużo ironii, bardziej taki Allen. Więcej przekleństw, mimo wszystko. W tvn'ie by pipczało bez przerwy.
Taki film i do tego muzyka największa, a i tak za mała, bo kamera w głowie nie potrafi odjechać i rozmyć obrazu. Wszystko jest w zbliżeniach i bez niedomówień. Smutne plumkanie nie wystarczy. Potrzebne będą jakieś krwawe motywy z Terminatora.
W czasach popkultury było wszystko, jak śmierdzące hamburgery przerabiane sto razy, sto razy podawane i trawione.
Nie zwracać uwagi na wszystko co wiem i odnaleźć tę jedną emocję, której nie czuł jeszcze nikt. Ale to już było. Stare. Była już miłość czerwona, była biała, czarno-różowa, zielona, nawet brązowa już była – w kolorze gówna, które z tego wyszło. Była złość i strach i noce bez snu, obgryzane paznokcie, smutek i zmęczenie.
Zostało najnudniejsze, o czym nawet nikt czytać nie chce, bo po co? Nuda i ziew. Czasem zażenowanie. Pustka została i codzienność. Został kredyt na 30 lat, urzędy, pani pośrednik, umowa na czas nieokreślony. Pasek pensji. Dwa konta i dylematy wielkie na miarę 5000 limitu na karcie kredytowej. Diety, fitnessy, nowe fasony takich samych sukienek. Książka do poduszki, film do wytrzepania mózgu, kolejny kwiat doniczkowy do podlewania. Pustka tak straszna, że nie można w nią patrzeć, żeby się nie zapaść kompletnie.
Jeszcze można dryfować na fali tych dupereli, tych małych pierdół. Głowa nad powierzchnią i czasem tylko brakuje oddechu. Ręce słabną, odechciewa się. Ale znikąd śladu ratowników. Nikt nie przypłynie, bo nie zapłacone ubezpieczenie na wypadek utonięcia.
W głowie dziura wielka i śmierdząca od tego ciągłego wybierania: dobry, zły. Bo jak dobry, to naciągną, oszukają, zjedzą. Jak zły, to wyrzuty sumienia. Zwykle więc dobry i głupi. W niebie za tę dobroć, czeka medal z ziemniaka i oklaski rady starszych. Dziura rośnie, czarnieje, lęgną się już pierwsze robaki. Gąsienice, z których nie będzie motyli. Muchy lecą do krwi cieknącej po skroniach, zepsutej i śmierdzącej. Bzyczą tak strasznie, że nie ma mowy o myśleniu, o chodzeniu, o życiu. Jest tylko jedno wielkie bzyczenie i rosnąca świadomość końca.
Bo co jeszcze czeka? Nowe firanki i knajpa, z nową lepszą kawą, gdzie syrop będzie miał smak kurzu na starych listach. Może szybki kurs gotowania w tv, nowy serial, więcej książek. Magazyny kolorowe i z krzyżówką dla ambitnych, nie ara i nil, tylko kicuapka na przykład. Lekarstwo na ból stawów i na lenistwo. Awans i podwyżka. Samochód i szpilki. Coraz bardziej krzykliwe kolory paznokci. Więcej mięśni w mięśniach i spadający cholesterol. Rosnące poczucie własnej wartości. Jak cena baryłki, aż do obłędu. Samodoskonalenie. Pierdolenie.
Złość rzadko, bo już nawet złościć się nie chce. W dupie, co mnie obchodzą podatki. I tak wszyscy mnie robią w wała. Nie ma co udawać przejęcia losami biednych dzieci – 1,21 tego nie załatwi Bardziej niż nowych butów, trzeba im miłości.
Wiem, co mówię. Wszystko to trochę za mało, żeby kace schodziły łatwo. Zostaje niewiele, sprzedanie się za trochę czułości. Nawet to już było, Nosowska śpiewała na swojej trochę bardziej electro płycie, którą trzeba było chować przed znajomymi, bo wtedy to jeszcze tylko martensy i Pearl Jam.
Oczywiście, są marzenia. Żeby pracować tak, jak na wakacjach. Oglądać, poznawać. Najlepiej mówić. Mówienie opanowane do perfekcji, to jedno nie wymagało pracy. Przyszło samo, w czasach, kiedy jeszcze może nawet się chciało. Nie wiem, nie pamiętam historii o swoich pierwszych słowach. Pewnie jej nigdy nie słyszałam. Może nawet opowiadał ktoś, ale wtedy zajęta byłam myśleniem, co dalej.
Zwroty do przeszłości zaczęły się dużo później.Upewnianie się, że nie zawsze było źle. Że może nawet kiedyś było szczęście. Wielkie. Nie pamiętam, jakie to ma znaczenie tu i teraz. Ale powspominajmy. Rzyg.
Tymczasem ciągniemy zapałki. Jedna po drugiej, z uśmiechem, z kolejnym papierosem, z wódką, z za szybką jazdą, seksem z obcymi. Aż w końcu trafia się ta krótsza i wtedy już można upaść na kolana i modlić się o cud. Cicho szlochać, układać alternatywne scenariusze, robić umowy z losem, planować poprawę. Gówno to da.

0 komentarze: