wtorek, sierpień 03, 2010

- Bo teraz muszę być dorosła – nie wierzyliśmy w to wcale. Nikt. Nawet Smutny się uśmiechał. Ale była poważna i miała łzy w oczach, więc nikt się nie kłócił. Kiwaliśmy głowami pijąc wino. Smakowało strasznie kwaśno i za każdym razem kiedy Kaja upijała łyk, krzywiła się po cichu. Nie smakowało nikomu, ale nie było nic innego. Nikt nie wiedział, co właściwie jej powiedzieć. Zwykle nie rozmawialiśmy na „takie tematy”. To nie tak, że wszyscy byli bez serca i nikogo to nie interesowało. Współczuliśmy jej. Bardzo. Smutny chciał ją pogłaskać, ale przecież pewnie by nie chciała. Nigdy nie chciała być słaba, jakoś źle to znosiła. Właściwie nawet nie słabość, bo słaba była od zawsze. Taka raczej krucha. Ale nie lubiła, kiedy widzieliśmy, że taka jest. Jak wtedy, kiedy wszyscy wiedzieli, że ledwo wstaje z łóżka. Że nie je tygodniami i płacze po kątach. Ale na spotkania przychodziła umalowana i tylko oczy miała czerwone. - Zapalenie spojówek – mówiła twardo, więc udawaliśmy wszyscy, że wierzymy i podawaliśmy numery okulistów, domowe metody, wymienialiśmy nazwy kropli. Kiwała głową i mówiła: Przejedzie. I w końcu przeszło. Zaczęła nawet się śmiać mniej na siłę.
Ze Smutnym to samo. Nigdy nie przyszedł i nie powiedział: źle mi, zrób coś. Znikał na całe tygodnie, nie było go nigdzie, żadnych telefonów, żadnych maili, nawet na facebooku nic nie lubił. Potem nagle znów się pojawiał i nikt nie komentował. Raz tylko Kaja zapytała:
- Co się działo?
- Aaaa wieesz – i tyle było rozmowy. Więc dalej już nikt nie próbował, wiedzieliśmy wszyscy, że w tym czasie było tragicznie, że męczył się strasznie i chodził po pokoju bez sensu, albo leżał na łóżku zwinięty w kłębek i milczał przez całe dni, a głupie myśli zapieprzały mu jak bolidy po czaszce. Taki depresyjny Le Mans. Ale wrócił, więc trzeba wypić piwo, opowiedzieć o nowej książce, o filmach, gadać głupoty i śmiać się, żeby mu zrobić pitstop.
- I będę – powiedziała nagle jeszcze poważniej. Mały się zakrztusił i wszyscy patrzyliśmy na niego z wyrzutem albo z ulgą.
- Sorry, na wdechu – bąknął. Czuliśmy, że teraz trzeba już coś powiedzieć, ale dalej nikt nie wiedział co. Kaja wgapiała się w dywan, Smutny patrzył uparcie w mrok za oknem, Sonia gryzła paznokcie, jakby fakt, że ma zajętą paszczę jakoś mógł usprawiedliwić to, że nie mówi nic. Mały kiwał się na krześle, jeszcze czerwony na twarzy. W tej ciszy była smutna desperacja. Wszyscy zaczynali panikować.
- Będzie dobrze – wypalił Smutny nie odwracając się od okna. - Przecież dasz radę.- Znów kiwaliśmy głowami znad butelek. Powoli podnosiliśmy na nią wzrok i każdy starał się przypomnieć sobie, jak właściwie wygląda mina „ku pokrzepieniu”. Wyszły nam jakieś dziwne grymasy. Ale i tak wiedziała, że chcemy dobrze. I że będziemy grać dokładnie tak, jak zawsze.
- No – powiedział Mały kompletnie bez sensu. - No – Kaja patrzyła na niego zmrużonymi oczami. Zawsze tak robiła, kiedy myślała o czymś zupełnie innym. Zastanawiała się teraz, czy jutro umówiła się na 10 czy 11. I czy będzie ciepło. Pewnie będzie, bo w końcu maj. Chociaż może lepiej wziąć kurtkę. Pożyczyłaby od Julki, ale przecież nie będzie teraz pytać, czy może. Nie może. Dżizys, o czym ja właściwie myślę – otworzyła oczy już normalnie i znów było jej głupio.
- A jeśli nie? - zapytała Julka i głos jej się trochę łamał. - Jeśli tym razem nie? Nikt nie wiedział, co wtedy. Skąd mieliśmy wiedzieć, zawsze dawała radę. Zawsze też wystarczyło powtarzanie, że będzie dobrze.
- Może tak miało być? - powiedziała Kaja. - Może kiedyś zrozumiesz, że tak jest lepiej. Ja nie wiem dlaczego miałoby być lepiej, bo teraz nie jest, wiem, ale wiesz, czasem to długo po czasie się rozumie, że coś się stało złego a tak naprawdę to było dobre. Jak, no nie wiem, wtedy, kiedy ... No kiedy wiecie, musiałam się wyprowadzić z Inflanckiej, a potem zalało to mieszkanie, nie? To pamiętacie, to było złe. A potem się okazało, no... chodzi mi o to, że czasem właśnie tak jest. Dziwnie.
Milczeliśmy jeszcze intensywniej. W międzyczasie zaczął padać deszcz i to głuche bębnienie o parapety zgrzytliwie kontrastowało z ciszą w pokoju. Mały zagryzał wargi i się wiercił. Chciał koniecznie powiedzieć coś, co poprawi wszystkim humor. Jakiś żarcik, albo anegdotę. Jak zawsze, kiedy się denerwował próbował uspokoić się śmiechem. W dzieciństwie rodzice musieli mu puszczać Benny Hilla, kiedy płakał i tak mu już zostało. Ale nawet on nie miał anegdoty na tę okazję.
Było dziwnie. Minęło 30 minut odkąd się spotkaliśmy i nadal nie było lepiej. Wszyscy zastanawialiśmy się, czy to milczenie, ta straszna napięta cisza się kiedyś skończy i będziemy mogli wrócić do bycia sobą. Do głupich uwag bez sensu, do picia wina i gadania o filmach. I wydawało się, że już zawsze będziemy uwięzieni w tym pokoju, w tym smutku bez wyjścia. Sonia gryzła paznokcie i pomyślała, że właściwie Julka nie powinna nas tak torturować, że Smutny lepiej robił, kiedy znikał. Wstydziła się tej myśli, ale ze wstydu zaczynała się bronić przed samą sobą i nakręcać, że to w końcu nieludzkie oczekiwać, że pomożemy, chociaż w tak oczywisty sposób pomóc nie mogliśmy.
Wino się skończyło i Kaja poszła do lodówki po kolejne. Piliśmy już piąte, ale nikt nie czuł się pijany. Czuliśmy się trzeźwiejsi niż zwykle, niż kiedy piliśmy wodę na plaży lub tylko jedno piwo w parku. Płyta zaczęła się 3 raz. Jakieś trąbkowe klimaty Smutnego, który teraz przebierał palcami po szybie. Straciliśmy całą nadzieję.
- Może i tak. Może i to i lepiej. Nie wiem. Pewnie tak. I wiecie, chcę w to wierzyć. Tylko ...– i pierwszy raz zobaczyliśmy jak Julka płacze. Wiedzieliśmy, że to straszne i że przełom i że coś już zrobić trzeba. Każdy się bał, bo co można zrobić, bo przecież nie lubi pocieszania, bo zapalenie spojówek. A Julka ocierała łzy wierzchem dłoni i szlochała coraz bardziej. Patrzyliśmy pod nogi, myśląc, co dalej. Zastanawialiśmy się tak intensywnie, że tylko Sonia usłyszała, jak Julka cicho mówi – Niech mnie ktoś kurde przytuli.

1 komentarze:

jakuzz pisze...

http://tiny.cc/3oxfn