<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612</id><updated>2012-02-17T01:57:27.876+01:00</updated><category term='koniec wakacji'/><title type='text'>Aromat Identyczny Z Naturalnym</title><subtitle type='html'>nasze teksty różne</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>jakuzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04552229939728467739</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>18</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-7662519427075833970</id><published>2010-08-03T21:30:00.002+02:00</published><updated>2010-08-03T21:34:43.076+02:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>- Bo teraz muszę być dorosła – nie wierzyliśmy w to wcale. Nikt. Nawet Smutny się uśmiechał. Ale była poważna i miała łzy w oczach, więc nikt się nie kłócił. Kiwaliśmy głowami pijąc wino. Smakowało strasznie kwaśno i za każdym razem kiedy Kaja upijała łyk, krzywiła się po cichu. Nie smakowało nikomu, ale nie było nic innego. Nikt nie wiedział, co właściwie jej powiedzieć. Zwykle nie rozmawialiśmy na „takie tematy”. To nie tak, że wszyscy byli bez serca i nikogo to nie interesowało. Współczuliśmy jej. Bardzo. Smutny chciał ją pogłaskać, ale przecież pewnie by nie chciała. Nigdy nie chciała być słaba, jakoś źle to znosiła. Właściwie nawet nie słabość, bo słaba była od zawsze. Taka raczej krucha. Ale nie lubiła, kiedy widzieliśmy, że taka jest. Jak wtedy, kiedy wszyscy wiedzieli, że ledwo wstaje z łóżka. Że nie je tygodniami i płacze po kątach. Ale na spotkania przychodziła umalowana i tylko oczy miała czerwone. - Zapalenie spojówek – mówiła twardo, więc udawaliśmy wszyscy, że wierzymy i podawaliśmy  numery okulistów, domowe metody, wymienialiśmy nazwy kropli. Kiwała głową i mówiła: Przejedzie. I w końcu przeszło. Zaczęła nawet się śmiać mniej na siłę. &lt;br /&gt;Ze Smutnym to samo. Nigdy nie przyszedł i nie powiedział: źle mi, zrób coś. Znikał na całe tygodnie, nie było go nigdzie, żadnych telefonów, żadnych maili, nawet na facebooku nic nie lubił. Potem nagle znów się pojawiał i nikt nie komentował. Raz tylko Kaja zapytała: &lt;br /&gt;- Co się działo? &lt;br /&gt;- Aaaa wieesz – i tyle było rozmowy. Więc dalej już nikt nie próbował, wiedzieliśmy wszyscy, że w tym czasie było tragicznie, że męczył się strasznie i chodził po pokoju bez sensu, albo leżał na łóżku zwinięty w kłębek i milczał przez całe dni, a głupie myśli zapieprzały mu jak bolidy po czaszce. Taki depresyjny Le Mans. Ale wrócił, więc trzeba wypić piwo, opowiedzieć o nowej książce, o filmach, gadać głupoty i śmiać się, żeby mu zrobić pitstop.&lt;br /&gt;- I będę – powiedziała nagle jeszcze poważniej. Mały się zakrztusił i wszyscy patrzyliśmy na niego z wyrzutem albo z ulgą.&lt;br /&gt;- Sorry, na wdechu – bąknął. Czuliśmy, że teraz trzeba już coś powiedzieć, ale dalej nikt nie wiedział co. Kaja wgapiała się w dywan, Smutny patrzył uparcie w mrok za oknem, Sonia gryzła paznokcie, jakby fakt, że ma zajętą paszczę jakoś mógł usprawiedliwić to, że nie mówi nic. Mały kiwał się na krześle, jeszcze czerwony na twarzy. W tej ciszy była smutna desperacja. Wszyscy zaczynali panikować.&lt;br /&gt;- Będzie dobrze – wypalił Smutny nie odwracając się od okna. - Przecież dasz radę.- Znów kiwaliśmy głowami znad butelek. Powoli podnosiliśmy na nią wzrok i każdy starał się przypomnieć sobie, jak właściwie wygląda mina „ku pokrzepieniu”. Wyszły nam jakieś dziwne grymasy. Ale i tak wiedziała, że chcemy dobrze. I że będziemy grać dokładnie tak, jak zawsze. &lt;br /&gt;- No – powiedział Mały kompletnie bez sensu. - No – Kaja patrzyła na niego zmrużonymi oczami. Zawsze tak robiła, kiedy myślała o czymś zupełnie innym. Zastanawiała się teraz, czy jutro umówiła się na 10 czy 11. I czy będzie ciepło. Pewnie będzie, bo w końcu maj. Chociaż może lepiej wziąć kurtkę. Pożyczyłaby od Julki, ale przecież nie będzie teraz pytać, czy może. Nie może. Dżizys, o czym ja właściwie myślę – otworzyła oczy już normalnie i znów było jej głupio. &lt;br /&gt;- A jeśli nie? - zapytała Julka i głos jej się trochę łamał. - Jeśli tym razem nie? Nikt nie wiedział, co wtedy. Skąd mieliśmy wiedzieć, zawsze dawała radę. Zawsze też wystarczyło powtarzanie, że będzie dobrze.&lt;br /&gt;- Może tak miało być? - powiedziała Kaja. - Może kiedyś zrozumiesz, że tak jest lepiej. Ja nie wiem dlaczego miałoby być lepiej, bo teraz nie jest, wiem, ale wiesz, czasem to długo po czasie się rozumie, że coś się stało złego a tak naprawdę to było dobre. Jak, no nie wiem, wtedy, kiedy ... No kiedy wiecie, musiałam się wyprowadzić z Inflanckiej, a potem zalało to mieszkanie, nie? To pamiętacie, to było złe. A potem się okazało, no... chodzi mi o to, że czasem właśnie tak jest. Dziwnie. &lt;br /&gt;Milczeliśmy jeszcze intensywniej. W międzyczasie zaczął padać deszcz i to głuche bębnienie o parapety zgrzytliwie kontrastowało z ciszą w pokoju. Mały zagryzał wargi i się wiercił. Chciał koniecznie powiedzieć coś, co poprawi wszystkim humor. Jakiś żarcik, albo anegdotę. Jak zawsze, kiedy się denerwował próbował uspokoić się śmiechem. W dzieciństwie rodzice musieli mu puszczać Benny Hilla, kiedy płakał i tak mu już zostało. Ale nawet on nie miał anegdoty na tę okazję. &lt;br /&gt;Było dziwnie. Minęło 30 minut odkąd się spotkaliśmy i nadal nie było lepiej. Wszyscy zastanawialiśmy się, czy to milczenie, ta straszna napięta cisza się kiedyś skończy i będziemy mogli wrócić do bycia sobą. Do głupich uwag bez sensu, do picia wina i gadania o filmach. I wydawało się, że już zawsze będziemy uwięzieni w tym pokoju, w tym smutku bez wyjścia. Sonia gryzła paznokcie i pomyślała, że właściwie Julka nie powinna nas tak torturować, że Smutny lepiej robił, kiedy znikał. Wstydziła się tej myśli, ale ze wstydu zaczynała się bronić przed samą sobą i nakręcać, że to w końcu nieludzkie oczekiwać, że pomożemy, chociaż w tak oczywisty sposób pomóc nie mogliśmy. &lt;br /&gt;Wino się skończyło i Kaja poszła do lodówki po kolejne. Piliśmy już piąte, ale nikt nie czuł się pijany. Czuliśmy się trzeźwiejsi niż zwykle, niż kiedy piliśmy wodę na plaży lub tylko jedno piwo w parku. Płyta zaczęła się 3 raz. Jakieś trąbkowe klimaty Smutnego, który teraz przebierał palcami po szybie. Straciliśmy całą nadzieję. &lt;br /&gt;- Może i tak. Może i to i lepiej. Nie wiem. Pewnie tak. I wiecie, chcę w to wierzyć. Tylko ...– i pierwszy raz zobaczyliśmy jak Julka płacze. Wiedzieliśmy, że to straszne i że przełom i że coś już zrobić trzeba. Każdy się bał, bo co można zrobić, bo przecież nie lubi pocieszania, bo zapalenie spojówek. A Julka ocierała łzy wierzchem dłoni i szlochała coraz bardziej. Patrzyliśmy pod nogi, myśląc, co dalej. Zastanawialiśmy się tak intensywnie, że tylko Sonia usłyszała, jak Julka cicho mówi – Niech mnie ktoś kurde przytuli.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-7662519427075833970?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/7662519427075833970/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=7662519427075833970&amp;isPopup=true' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/7662519427075833970'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/7662519427075833970'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2010/08/bo-teraz-musze-byc-dorosa-nie.html' title=''/><author><name>zzzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05707592879992423057</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-2910499735659503533</id><published>2010-05-18T20:39:00.001+02:00</published><updated>2010-05-18T20:41:17.468+02:00</updated><title type='text'>Kompletnie bez morału</title><content type='html'>Słuchanie smutnych piosenek przestało mieć sens. Bo na co dzień smutniej jeszcze. Co to za ucieczka. Serce pękło już dawno, więc teraz od muzyki nie może już pękać. Nawet jeśli głos pełen dymu, trąbka smutna i jak za mgłą wszystko. &lt;br /&gt;Film ładny, ale w głowie obrazy zupełnie inne, straszniejsze. Bardziej by za serce łapały, za krtań, za opuchnięte oczy. Aż do pisku pierwszego, aż do krwi.  Spocony widz nie wiedziałby co robić, jak się w tym wszystkim połapać. I potem kiwając głową, mówiłby: jak to dobrze, że to tylko film. A to życie jest. Poczwarne, koszmarne, złe. Moje. &lt;br /&gt;Dużo dłużyzn, więcej nawet niż w telenowelach. Tylko dialogi świetne, dużo ironii, bardziej taki Allen. Więcej przekleństw, mimo wszystko. W tvn'ie by pipczało bez przerwy. &lt;br /&gt;Taki film i do tego muzyka największa, a i tak za mała, bo kamera w głowie nie potrafi odjechać i rozmyć obrazu. Wszystko jest w zbliżeniach i bez niedomówień. Smutne plumkanie nie wystarczy. Potrzebne będą jakieś krwawe motywy z Terminatora. &lt;br /&gt;W czasach popkultury było wszystko, jak śmierdzące hamburgery przerabiane sto razy, sto razy podawane i trawione. &lt;br /&gt;Nie zwracać uwagi na wszystko co wiem i odnaleźć tę jedną emocję, której nie czuł jeszcze nikt. Ale to już było. Stare. Była już miłość czerwona, była biała, czarno-różowa, zielona, nawet brązowa już była – w kolorze gówna, które z tego wyszło. Była złość i strach i noce bez snu, obgryzane paznokcie, smutek i zmęczenie. &lt;br /&gt;Zostało najnudniejsze, o czym nawet nikt czytać nie chce, bo po co? Nuda i ziew. Czasem zażenowanie. Pustka została i codzienność. Został kredyt na 30 lat, urzędy, pani pośrednik, umowa na czas nieokreślony. Pasek pensji. Dwa konta i dylematy wielkie na miarę 5000 limitu na karcie kredytowej. Diety, fitnessy, nowe fasony takich samych sukienek. Książka do poduszki, film do wytrzepania mózgu, kolejny kwiat doniczkowy do podlewania. Pustka tak straszna, że nie można w nią patrzeć, żeby się nie zapaść kompletnie. &lt;br /&gt;Jeszcze można dryfować na fali tych dupereli, tych małych pierdół. Głowa nad powierzchnią i czasem tylko brakuje oddechu. Ręce słabną, odechciewa się. Ale znikąd śladu ratowników. Nikt nie przypłynie, bo nie zapłacone ubezpieczenie na wypadek utonięcia.&lt;br /&gt;W głowie dziura wielka i śmierdząca od tego ciągłego wybierania: dobry, zły. Bo jak dobry, to naciągną, oszukają, zjedzą. Jak zły, to wyrzuty sumienia. Zwykle więc dobry i głupi. W niebie za tę dobroć, czeka medal z ziemniaka i oklaski rady starszych. Dziura rośnie, czarnieje, lęgną się już pierwsze  robaki. Gąsienice, z których nie będzie motyli. Muchy lecą do krwi cieknącej po skroniach, zepsutej i śmierdzącej. Bzyczą tak strasznie, że nie ma mowy o myśleniu, o chodzeniu, o życiu. Jest tylko jedno wielkie bzyczenie i rosnąca świadomość końca. &lt;br /&gt;Bo co jeszcze czeka? Nowe firanki i knajpa, z nową lepszą kawą, gdzie syrop będzie miał smak kurzu na starych listach. Może szybki kurs gotowania w tv, nowy serial, więcej książek. Magazyny kolorowe i z krzyżówką dla ambitnych, nie ara i nil, tylko kicuapka na przykład. Lekarstwo na ból stawów i na lenistwo. Awans i podwyżka. Samochód i szpilki. Coraz bardziej krzykliwe kolory paznokci. Więcej mięśni w mięśniach i spadający cholesterol. Rosnące poczucie własnej wartości. Jak cena baryłki, aż do obłędu. Samodoskonalenie. Pierdolenie.&lt;br /&gt;Złość rzadko, bo już nawet złościć się nie chce. W dupie, co mnie obchodzą podatki. I tak wszyscy mnie robią w wała. Nie ma co udawać przejęcia losami biednych dzieci – 1,21 tego nie załatwi Bardziej niż nowych butów, trzeba im miłości. &lt;br /&gt;Wiem, co mówię. Wszystko to trochę za mało, żeby kace schodziły łatwo. Zostaje niewiele, sprzedanie się za trochę czułości. Nawet to już było, Nosowska śpiewała na swojej trochę bardziej electro płycie, którą trzeba było chować przed znajomymi, bo wtedy to jeszcze tylko martensy i Pearl Jam. &lt;br /&gt;Oczywiście, są marzenia. Żeby pracować tak, jak na wakacjach. Oglądać, poznawać. Najlepiej mówić. Mówienie opanowane do perfekcji, to jedno nie wymagało pracy. Przyszło samo, w czasach, kiedy jeszcze może nawet się chciało. Nie wiem, nie pamiętam historii o swoich pierwszych słowach. Pewnie jej nigdy nie słyszałam. Może nawet opowiadał ktoś, ale wtedy zajęta byłam myśleniem, co dalej. &lt;br /&gt;Zwroty do przeszłości zaczęły się dużo później.Upewnianie się, że nie zawsze było źle. Że może nawet kiedyś było szczęście. Wielkie. Nie pamiętam, jakie to ma znaczenie tu i teraz. Ale powspominajmy. Rzyg. &lt;br /&gt;Tymczasem ciągniemy zapałki. Jedna po drugiej, z uśmiechem, z kolejnym papierosem, z wódką, z za szybką jazdą, seksem z obcymi. Aż w końcu trafia się ta krótsza i wtedy już można upaść na kolana i modlić się o cud. Cicho szlochać, układać alternatywne scenariusze, robić umowy z losem, planować poprawę. Gówno to da.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-2910499735659503533?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/2910499735659503533/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=2910499735659503533&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/2910499735659503533'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/2910499735659503533'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2010/05/kompletnie-bez-morau.html' title='Kompletnie bez morału'/><author><name>zzzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05707592879992423057</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-7180390446330490695</id><published>2009-11-28T01:37:00.001+01:00</published><updated>2009-11-28T01:42:16.040+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='koniec wakacji'/><title type='text'>Pati</title><content type='html'>&lt;meta equiv="Content-Type" content="text/html; charset=utf-8"&gt;&lt;meta name="ProgId" content="Word.Document"&gt;&lt;meta name="Generator" content="Microsoft Word 10"&gt;&lt;meta name="Originator" content="Microsoft Word 10"&gt;&lt;link rel="File-List" href="file:///C:%5CUsers%5CAgata%5CAppData%5CLocal%5CTemp%5Cmsohtml1%5C01%5Cclip_filelist.xml"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:compatibility&gt;    &lt;w:breakwrappedtables/&gt;    &lt;w:snaptogridincell/&gt;    &lt;w:applybreakingrules/&gt;    &lt;w:wraptextwithpunct/&gt;    &lt;w:useasianbreakrules/&gt;    &lt;w:usefelayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:browserlevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;style&gt; &lt;!--  /* Font Definitions */  @font-face 	{font-family:SimSun; 	panose-1:2 1 6 0 3 1 1 1 1 1; 	mso-font-alt:宋体; 	mso-font-charset:134; 	mso-generic-font-family:auto; 	mso-font-pitch:variable; 	mso-font-signature:3 680460288 22 0 262145 0;} @font-face 	{font-family:"\@SimSun"; 	panose-1:2 1 6 0 3 1 1 1 1 1; 	mso-font-charset:134; 	mso-generic-font-family:auto; 	mso-font-pitch:variable; 	mso-font-signature:3 680460288 22 0 262145 0;}  /* Style Definitions */  p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal 	{mso-style-parent:""; 	margin:0in; 	margin-bottom:.0001pt; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:12.0pt; 	font-family:"Times New Roman"; 	mso-fareast-font-family:SimSun;} @page Section1 	{size:595.3pt 841.9pt; 	margin:70.85pt 70.85pt 70.85pt 70.85pt; 	mso-header-margin:35.4pt; 	mso-footer-margin:35.4pt; 	mso-paper-source:0;} div.Section1 	{page:Section1;} --&gt; &lt;/style&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt;  /* Style Definitions */  table.MsoNormalTable 	{mso-style-name:"Table Normal"; 	mso-tstyle-rowband-size:0; 	mso-tstyle-colband-size:0; 	mso-style-noshow:yes; 	mso-style-parent:""; 	mso-padding-alt:0in 5.4pt 0in 5.4pt; 	mso-para-margin:0in; 	mso-para-margin-bottom:.0001pt; 	mso-pagination:widow-orphan; 	font-size:10.0pt; 	font-family:"Times New Roman"; 	mso-fareast-font-family:"Times New Roman";} &lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Zaczęło się od tego, że latawiec utknął między gałęziami.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Właściwie to zaczęło się przecież wcześniej, to znaczy to z latawcem. Ona szarpnęła, a ja krzyczałem biegnij, biegnij! I tak dalej, aż utknął.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Wkurzyłem się, no bo jak. Latawiec był piękny, miał wyrysowaną czaszkę i w ogóle, a teraz widać było tylko smętny ogon. To drzewo było naprawdę wysokie. Nie wiem, jak się nazywało, nie znam się na drzewach. Wysokie takie.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- No i co zrobiłaś?!&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Ona stała pod tym drzewem, patrzyła w górę i tak dziwnie się trzęsła. W takiej białej sukience stała, trochę jak halka to wyglądało, nawet ładne, prawie tak ładne jak latawiec. Głupio mi się zrobiło, że się tak trzęsie. Ona różne jazdy miała, mama mi mówiła, że kiedyś pogotowie tam do nich wzywali, bo miała atak. No dobra, mnie tego nie mówiła, podsłuchałem, jak z ojcem rozmawiała.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- I ty się na to godzisz?&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;- zdenerwowana matka brzmiała zawsze jak nagłupsza pizda z telenoweli. Jeśli słowo pizda jest brzydkie, to pasuje.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Co się godzę, jak się godzę, swój rozum ma, nie? Co mu złego może zrobić? Przecież to dziecko jeszcze.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Tak się mówi, że dziecko. A potem nieszczęście gotowe! Ty widziałeś, jak ona patrzy zawsze, jakby już długo na świecie była. Ona nie jest normalna, ja ci mówię. Dawniej to się mówiło, że ma starą duszę.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Może i tak, matko moja przenajświętsza. Nie byliśmy do końca pewni co do wieku. Niby wszystko wyglądało jak należy, obdarte kolana, te jej krótkie kiecki i moje mikrodżinsy, ale wiedzieliśmy, że znamy się już jakoś długo. W zasadzie to przeżyliśmy razem kawał życia, Pati i ja. Jak małżeństwo.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Moja żona stała więc pod drzewem i się trzęsła. Dopiero gdy podszedłem i położyłem jej rękę na ramieniu, zrozumiałem, że to ze śmiechu.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Uch.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;A potem odwróciła się, wykrzywiła tak śmiesznie i uciekła do domu.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;++++++++++++++++++++++++++++++++++++&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Chcesz fajkę?&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Ojciec cię kiedyś przyłapie, zobaczysz. Lepiej od razu się przyznaj.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Jeszcze czego, żeby mi truł. Chcesz czy nie?&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Przecież ty się nawet nie zaciągasz.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- To chyba dobrze, nie?&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;++++++++++++++++++++++++++++++++&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Pati maluje wielki dom, a ja dłubię w śrubkach. Wychodzi nam to dziwnie zajebiście, jej dom ma już okna, komin i nawet jakieś drzewa naokoło. Trochę ponury, ale piękny, co wyrażam odpowiedniem mruknięciem. Pati unosi tylko lekko brew i maluje dalej, płot, droga, ulotki pod skrzynką pocztową. Moje śrubki jakby same wskakiwały na miejsce. Ale z nas sprytne dzieciaki.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Czuliśmy się jak na wakacjach. Zresztą, co ja mówię, może i były wakacje, nie chodziliśmy przecież do szkoły. Jeśli byliśmy dziećmi, to wszystko się nawet zgadzało.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Zamiast do szkoły chodziliśmy na plażę. W naszym miasteczku nie było morza, tylko taka w miarę czysta rzeka, a nad nią trochę piachu. Znaliśmy nawet miejsca, gdzie nigdy nikt nie przychodził, bo topielcy straszyli. Pati lubiła te historie o topielcach i kazała mi wymyślać im całe życiorysy, a potem wpływała w tej swojej białej halce prosto w zielony od jakiegoś trawska i hrabiowskich kapeluszy świat. Czasem długo jej nie było – później na kocu cierpliwie łapała oddech, by w końcu powiedzieć:&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Pięknie to, Patryk, wymyśliłeś – zupełnie jak jest naprawdę.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Patrzyłem kiedyś przez okno, jak Pati wychodzi z domu ze swoją mamą. Chyba nie bardzo chciała, bo zatrzymywała się na każdym z pięciu schodków i Mama Pati musiała ją poganiać. A potem znów, schodek, schodek.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Rodzice Pati nie mają samochodu, więc poszły tylko kawałek dalej, na przystanek. Tędy jeździ tylko jeden autobus, taki co zabiera dzieci do szkoły, a rodziców do pracy – czyli niektórych też do szkoły, a innych do fabryki, takiej małej galerii handlowej, szpitala i na komendę. Chyba tyle. Reszta musi sobie jakoś inaczej radzić.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Pati mówiła mi kiedyś, że nie potrafi siedzieć bez ruchu, jeśli ma otwarte oczy. Dziwne, ale fajne trochę, pomyślałem teraz z okna, bo Pati skakała wokół ławki, Mama Pati masowała sobie skronie, Pati zaczęła gonić kota, Mama Pati spojrzała na zegarek, Pati przebiegła na drugą stronę ulicy i z powrotem (schowałem się za firankę), Mama Pati coś krzyknęła, a potem autobus odjechał i już ich nie było.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Czego byś chciał tak najbardziej, najbardziej na świecie?&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Hm.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Żebym już był dorosły, chyba. Znaczy się na pewno. Miałbym samochód i same czarne skarpetki. Mógłbym się nawet z tobą ożenić, jakbyś chciała.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Na wszelki wypadek nie podnosiłem głowy, bo bałem się, że Pati znów się tak trzęsie. Patrzyłem na nasze stopy w sandałach i wyobrażałem sobie, że odrywamy się od ziemi i zaczynamy frunąć.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Żwirek śmiesznie zgrzytał pod butami.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Zobaczyłem, że pod tym wysokim drzewem leży walizka. Czerwona, Pati taką miała, widziałem, jak jechała z nią kiedyś do sanatorium. Walizka była otwarta i wyładowana po brzegi, trochę jakby wybuchła to wyglądało, bo część rzeczy leżała na trawie, chyba jakieś majtki. Uch. Potem zaszeleściło na górze.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Zwariowałaś? – ale obciach, normalnie nie krzyczę tak piskliwie.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Zaszeleściło mocniej, Pati zsunęła się po pniu, zassała dziwnie powietrze i spadła. Tu już nie było wysoko, ale trochę mnie ruszyło, zwłaszcza że spadła razem z latawcem. Był podarty.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Nic mi nie jest – powiedziała z zamkniętymi oczami.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- To otwórz oczy – teraz głos miałem chyba za gruby. Nic. – No otwórz.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Dalej nic. Pochyliłem się nad nią i zbliżyłem twarz do jej twarzy, blisko, bliziutko. Oddychała szybko, luz.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Otworzyła oczy tak nagle, że musiałem odchrząknąć.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Po co ci walizka?&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Przez chwilę się nie odzywała. &lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Pomyślałam, że może czas wyjechać.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Sama chcesz jechać? – skinęła głową dwa razy, łaskocząc mnie przy tym grzywką. – Dokąd?&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Nic.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;Położyłem się obok i gapiliśmy się na wysokie drzewo.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;- Patrycja – powiedziałem. A potem już milczeliśmy.&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;+++++++++++++++++++++++++++++++++++&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-7180390446330490695?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/7180390446330490695/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=7180390446330490695&amp;isPopup=true' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/7180390446330490695'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/7180390446330490695'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2009/11/pati.html' title='Pati'/><author><name>jakuzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04552229939728467739</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-117107744702061480</id><published>2007-02-10T04:16:00.000+01:00</published><updated>2007-02-10T04:17:27.023+01:00</updated><title type='text'>od końca</title><content type='html'>Bo to nie jest tak, że jej nie lubię, nie znoszę. Ja ją nawet po swojemu kocham, a to trudne, dla mnie trudne, być może nie umiem. Stoję teraz trochę obok wszystkiego i myślę bez emocji, że bo dlaczego ona tak mnie denerwuje. Ale też: dlaczego mam różowe paznokcie. Dlaczego znów jest niedziela. Taki kaliber.&lt;br /&gt;           Przynajmniej trochę bardziej czuję teraz, że wracam, bo to już koniec lata i nigdy takiego nie będzie. Lato zawsze mi się tak kończy, takim intensywnym zaczadzeniem emocji, emocjami?, takim dziwnym zobojętnieniem, gdzie jednocześnie pęka mi wszystko, płaczę przy co drugiej wypowiedzi bez względu na temat i za każdym razem czuję się gorzej, to nie jest ten dobry płacz. Ale potem – zresztą nie wiem.&lt;br /&gt;Matka woła na obiad, co jest żenujące, czy całe życie będzie mnie tak wołać, jakbyśmy obiadów potrzebowały najbardziej. Zeskakuję z leżaka i beztrosko sobie uciekam, ulica, ulica, park, rynek. Chłopcy jeżdżą na deskorolkach, widzę Piotrka, więc siadam na murku i macham sobie nogami w rytm muzyki ze słuchawek, beztrosko sobie na pozór macham, ale w środku znowu mi wszystko zaczyna pękać. Myślę o obozie w zeszłym roku i jak jedliśmy czereśnie i graliśmy w siatkę, to trochę pomaga. Potem podchodzi Piotrek, opiera mi ręce na udach i zamieniam się w stosik nierównych kawałków.&lt;br /&gt;Nie słyszę, co do mnie mówi, więc nie będzie dialogów. Próbuję zgadywać słowa, pewnie mówi: co tam, młoda, czy wychodzę wieczorem albo czy przejadę się z nim samochodem, by na tylnym siedzeniu uprawiać nielegalną w moim wieku miłość. Nienienie, bo teraz jest najlepsza piosenka. Układam się na murku i patrzę prosto w słońce, co podobno szkodzi, ale cóż nie szkodzi. Nic nie szkodzi.&lt;br /&gt;W końcu zdejmuje mi te słuchawki i teraz słyszę, upaliłaś się, co? Nie rozumiem ani słowa z tego, co mówisz. Och. Nowość, najdroższy. Ale skoro tak, to wznieśmy się wspólnie na wyżyny świadomości, chodź tam za bloki. Idziemy za bloki. Wracamy zza bloków. Wydaje mi się, że chodzimy tam kilka razy, ale być może cały czas leżę na murku i słucham tej samej piosenki. Potem myślę, że jak nie obiad, to może kolacja, może pogadam z matką i razem jakiś film obejrzymy. No ale nie ma jej w domu. Piotrek dzwoni, że gdzie się podziałam, nagrywa mi się z tym na pocztę, odsłuchuję sobie trzy razy, bo jakoś dziwnie słyszę, ale to nie pomaga, wciąż nie wiem, gdzie się podziałam. Na balkonie wisi pranie i u sąsiadki naprzeciwko też wisi pranie, bawię się w porównaj obrazki, wychodzi mi, że matka ma fatalne ubrania, a sąsiadka nie lubi czarnego i niebieskiego, ale nie stroni od satyny. Satyna jest rzecz jasna dla męża, który jednakowoż chyba jej nie nosi. Taki układ.&lt;br /&gt;Ogrzewam obiad i myślę, czy wyjść. To nie jest doprawdy mój najpoważniejszy problem, mam jeszcze wiele kilkunastosylabowych pytań, wyjdę czy nie, te pytania tam będą. To ważne, mieć coś constans. Tego się trzymam, gdy brakuje mi oddechu na myśl o odpowiedziach.&lt;br /&gt;Matka wraca, gdy sznuruję już trampki i tylko pyta, jadłaś? wychodzisz? wiesz, że jutro już do szkoły? i mówi, że nie siedź za długo, chociaż to nie ma znaczenia. Odprowadza mnie do drzwi, idę cały czas tyłem, za bramką czeka już Piotrek i ten cholerny samochód z tym jego cholernym tylnym siedzeniem, ja idę wciąż tyłem i patrzę na matkę, wydaje mi się, że odkręcam powoli czas i za chwilę będę mogła wejść z powrotem w wakacje, od ostatniego dnia sierpnia do rozdania świadectw, będę musiała zacząć iść przodem i wreszcie spotkam się z matką, ale Piotrek kładzie mi rękę na ramieniu i właśnie wtedy kończą się wakacje.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-117107744702061480?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/117107744702061480/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=117107744702061480&amp;isPopup=true' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/117107744702061480'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/117107744702061480'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2007/02/od-koca.html' title='od końca'/><author><name>jakuzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04552229939728467739</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-117088483171700205</id><published>2007-02-07T22:46:00.000+01:00</published><updated>2007-02-07T22:47:11.750+01:00</updated><title type='text'>List</title><content type='html'>&lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 36pt;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;Od tygodnia padał deszcz. Zmył cały brud, zmył chodniki i makijaże. Zmył plamy benzyny i kurz z okien. Nie wiadomo dlaczego nie przynosił ulgi. Miarowo dudnił o dachy, a szum wody nie pozwalał spać.&lt;span style=""&gt;   &lt;/span&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 36pt;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;M. pisał list. Kolejny raz spisywał te sto słów, które chciał powiedzieć, a które nie chciały się napisać. Patrzył przez okno i myślał o jej kręconych włosach. O jej bladych policzkach i niepokojącym kaszlu. I wiedział doskonale, że żeby napisać ten list potrzebowałby nowego języka. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 36pt;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;Wiedział, że słowa, które zna nie będą miękkie jak jej uśmiech i nie będzie w nich jej zapachu, ani tego jak przechodzą go dreszcze, kiedy ona się budzi. Ale nie poddawał się. Pisał kolejne wersje, chociaż słowa go zdradzały. Układały się w ciągi zupełnie bez związku z nim. Ckliwe, puste, obce. Kiedy je czytał, brzmiały jakby napisał je ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto nie zna jej ud i jego oddania. Ktoś, kto nie wie, jak ona się śmieje.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 36pt;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;Postanowił wypisać wszystko w punktach. Zapisał stronę i siedem linijek. Teraz czytał ich życie. Wakacje w Fiacie, ciastka porzeczkowe, jej za małe buty, jego połamane okulary i święta, kiedy wyjechała. Dopisał jeszcze zdjęcie z jej paszportu, na którym uśmiecha się smutno. Postawił kropkę i zamknął zeszyt. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 36pt;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;Zdjął ze ściany robione przez nią zdjęcia. Położył wszystkie na podłodze i wpatrywał się w nie. Jakby mogły mu wytłumaczyć, co się stało. Kamienica na starówce, dzieci w fontannie, bezdomny śpiący na schodach kościoła i on przy komputerze. Wszystkie opowiadały historie. Ale żadne nie pomagało zrozumieć. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 36pt;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;Zastanawiał się, co teraz mogła robić. Pewnie była na plaży i śmiała się głośno z siatkarzy. Albo jadła gdzieś lody pistacjowe, piła wódkę, robiła zdjęcia, których on nie zobaczy. Może była smutna i on wiedziałby jak ją pocieszać. A może zgubiła się, jak zwykle, w wąskich uliczkach i teraz pytała kogoś o drogę. Mówiła po polsku albo angielsku, słuchała muzyki, lub jechała tramwajem. Mogła być gdziekolwiek. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 36pt;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;Siadł przy ich biurku i otworzył zeszyt. Jeszcze raz przeczytał listę i wyjął białą kartkę. Dalej nie wiedział, czy uda mu się napisać to co chciał, ale postanowił że pisze ostatni raz. Wziął jej długopis i zapisał datę. A potem bez zastanowienia pisał do końca strony. Słowa spływały szybko i nie zastanawiał się jak brzmią i czy są tym, czym być powinny. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 36pt;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;Zakleił kopertę i podpisał jej nazwiskiem. Jeszcze raz spojrzał na zdjęcia i wyszedł na ulicę. Chodniki pełne były kałuż, w których odbijały się jego ręce. Ze wszystkich stron atakowały go parasole. Szedł paląc mokrego papierosa i nie myślał o niczym. Stanął na Świętokrzyskiej, mokrej i pachnącej kawą. Podniósł głowę i patrzył na list, który trzymał w dłoni. Obracał kopertę zastanawiając się, czy ona kiedykolwiek przeczyta jej zawartość. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 36pt;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;Zanim wszedł na pocztę, potknął się o próg i upuścił list. Podniosła go staruszka w fioletowym berecie i przez chwilę myślał, że go przytuli. Uśmiechnęła się tylko. A on poszedł po znaczki. Pani w okienku, nie patrząc na niego, zapytała „Dokąd?”. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 36pt;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;Kiedy wyszedł, ulicą jechała karetka. Zapiął płaszcz i poszedł wyrzucić jej rzeczy. &lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify; text-indent: 36pt;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;Pijąc ostatnie przywiezione przez nią wino, zastanawiał się, co włoży na pogrzeb. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-117088483171700205?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/117088483171700205/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=117088483171700205&amp;isPopup=true' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/117088483171700205'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/117088483171700205'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2007/02/list.html' title='List'/><author><name>zzzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05707592879992423057</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-116158894232081658</id><published>2006-10-23T09:32:00.000+02:00</published><updated>2006-10-23T09:36:41.650+02:00</updated><title type='text'>*       *        *</title><content type='html'>&lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;Było już ciemno. Czerwcowy wieczór był jednak ciągle gorący. Nagrzana ziemia parowała. Ludzie zniknęli z ulic, chowając się przed gorącem i zapachem kotów, których w tej części miasta przypadało 5 na jednego mieszkańca. Na ulicy nie było nikogo, oprócz mnie. A może tylko nikogo nie widziałam. W każdym razie, wydawało się, że należy tylko do mnie. Szłam powoli oddychając głęboko. Samochody jeździły ospale. Wydawało się, że kierowcy chcą jak najdłużej nie wracać do domów. Dawno nie byłam tak spokojna.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;Patrzyłam na chodnik ułożony ze starych, popękanych płyt z napisem CZP. Liczyłam je, myśląc co może oznaczać ten skrót. Ale nic nie przychodziło mi do głowy. Oglądałam ten napis od zawsze. I nigdy nie dowiedziałam się co oznacza. Nie miało to żadnego znaczenia, ale w ten wieczór zastanawianie się nad nim było jedynym zajęciem, jakie przychodziło mi do głowy.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;&lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;Doszłam do przejścia, nie wymyśliwszy żadnego rozsądnego rozwinięcia. Przy samym krawężniku stał mały chłopiec. Mógł mieć 6 może 7 lat. Ubrany w brudne zielone spodenki na szelkach wyglądał jak Pinokio na obrazku w mojej pierwszej książce z dzieciństwa. Rękawy koszulki z kołnierzykiem kończyły się nad podrapanymi łokciami. Stał przy krawężniku i spoglądał na jadące auta. Kiedy podeszłam podniósł na mnie swoje duże czarne oczy. Miał ładną, okrągłą buzię i ślady podrapania na nosie. Zastanawiałam się co robi sam w nocy. W dodatku byliśmy niemal poza miastem. W tym rejonie nie stało dużo domów. A już na pewno nie było w nich dużo dzieci. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;-Chcesz przejść?- zapytałam cicho. Pokiwał głową.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;- Ale one ciągle jadą.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;- Przejdź ze mną. Nic nam się nie stanie.- odpowiedziałam patrząc na jego zmierzwione włosy nad opaloną buzią. Nie znałam go. Może nie był z okolicy, ale w takim razie, co mógł tu robić. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;- Dobrze.- uśmiechnął się i ufnie podał mi rękę. Jego lepka łapka zniknęła w mojej dłoni. Nie odzywaliśmy się, a ja czekałam na moment odpowiedni, by przejść z dzieckiem. Pomyślałam, że muszę pamiętać, że pewnie, będzie szedł wolniej. W końcu wszystkie auta zniknęły. Popatrzył na mnie pytająco. Skinęłam głową i weszliśmy na jezdnię. Szedł szybciej niż przypuszczałam. Może dzieci nie chodzą jednak wcale tak wolno. Dotarliśmy do drugiej strony ulicy i chłopiec puścił moja rękę. Zapytałam gdzie jego mama.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;- Ja nie mam mamy.- odpowiedział spokojnie. Jego gładka buzia nie zmieniła wyrazu. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;- A tata?&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;- Taty też nie mam. – znów brak żalu, czy strachu.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;- Ale gdzie mieszkasz? Musisz mieć przecież jakiś dom.- Zaczynałam się o niego martwić. Pokręcił tylko głową.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;- To gdzie śpisz?&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;- Nigdzie.- Zrobiło mi się strasznie smutno. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;- Ale skądś przyszedłeś. Skąd się tu wziąłeś?- pytanie nie było oskarżycielskie. Zdziwiłam się, że mój głos może brzmieć tak ciepło. Wyciągnął do mnie ramiona, podniosłam go i powtórzyłam &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-left: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;- Skąd się wziąłeś?- Uśmiechnął się i odgarnął włosy z czoła. Przytulił się do mojego ramienia i niemal niesłyszalnym szeptem powiedział mi do ucha&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="text-indent: 36pt; color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;"&gt;&lt;span style="" lang="PL"&gt;- Ze smutku twoich przyjaciół.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;span style="color: rgb(102, 102, 102);font-family:arial;" &gt;   &lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-116158894232081658?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/116158894232081658/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=116158894232081658&amp;isPopup=true' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/116158894232081658'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/116158894232081658'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/10/blog-post.html' title='*       *        *'/><author><name>zzzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05707592879992423057</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-115860156545816288</id><published>2006-09-18T19:44:00.000+02:00</published><updated>2006-09-19T14:56:48.476+02:00</updated><title type='text'>Pekin-Warszawa</title><content type='html'>&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-size:100%;" &gt;Opowiadanie już starszawe i niektórym znane:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;p style="color: rgb(0, 0, 0);" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:Arial;font-size:100%;"  lang="PL" &gt;&lt;span style=""&gt;         &lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0); font-family: courier new;font-family:courier new;" &gt;Jadłam chmury tej nocy, kiedy w dalekim Pekinie ludzie szli na czołgi z butelkami benzyny. Taką mamy cywilizację. Jadłam chmury i oblizywałam palce. Potem patrzyliśmy na obrazki w gazetach, którymi okryliśmy nasze głowy. Na jego czole czytałam o zaginionych dzieciach, a on całował zdjęcie Julii R. na mojej potylicy. Kradliśmy czas jaki został nam dany na sen. Dopijając szampana patrzyłam na jego twarz, ciągle jeszcze obcą. Jak nowe ubranie cieszył zapachem świeżości. Mówił mi wtedy, że tak jak żyjemy żyć trzeba. W radio smutny DJ podsłuchiwał nas i z przymkniętymi oczyma układał nam soundtrack.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(255, 255, 204); font-family: courier new;font-family:courier new;font-size:100%;"  lang="PL" &gt;&lt;span style=""&gt;       &lt;/span&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p  style="color: rgb(0, 0, 0); font-family: courier new;font-family:courier new;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style=""&gt;           &lt;/span&gt;Za oknem&lt;/span&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:100%;"&gt;padało coraz mocniej. Patrzyliśmy jak ulice zalewa woda, brudna nim jeszcze dotknęła chodnika. Parzył kawę żując kawałki bułki a ja patrzyłam na jego stopy bose na kamiennej podłodze i myślałam że tak właśnie muszą wyglądać stopy Kubanek na ulicach Hawany, gdzie na pewno nie padał teraz deszcz. Gdzie ludzie pewnie tańczyli teraz na ulicach, gdzie my moglibyśmy teraz tańczyć i trafiał mnie szlag. Trafiał mnie smutek właściwie. Powiedziałam mu o tym, że smutno i że Hawana. A on pocieszał mnie, że przecież oni mają za to Fidela. Piliśmy kawę i żuliśmy ostatnią już bułkę, bo w taką pogodę nikt nie chciał iść do sklepu. Woleliśmy żuć bułki sprzed kilku dni. Z kawą smakowały dobrze. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p  style="color: rgb(0, 0, 0); font-family: courier new;font-family:courier new;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style=""&gt;           &lt;/span&gt;Deszcz padał całą noc i kiedy kochaliśmy się, nie mogąc usnąć po hektolitrach kawy wypitej w dzień, słyszeliśmy ciągłe stukanie kropel. Zasypialiśmy i budziliśmy się co chwilę. Czasem dotykałam jego ramienia. Czasem on całował mnie w czoło. Kuliliśmy się w sobie. Zawiązywaliśmy świat w prześcieradło i huśtaliśmy go tak długo, aż się zaśmiał. Poplątani patrzyliśmy na świt i na siebie próbując rozwikłać zagadkę naszych zmęczonych oddechów. Bardzo chciałam nie spać nigdy. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="color: rgb(0, 0, 0); font-family: courier new;font-family:courier new;"&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style=""&gt;          &lt;/span&gt;Świtało godzinami. Ranek nie nadchodził, nie wstawaliśmy więc wcale. Pościel pachniała jutrem. Próbowaliśmy oglądać &lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;Wielkie Filmy, w których ludzie chodzili po ciasnych uliczkach i gubili się w sobie. Szeptał mi na ucho, że napiszemy im przewodnik. Jego usta smakowały kawą i alkoholem. Bałam się, że i my się pogubimy, że teraz świat rozhuśta nas i wcale nam nie będzie do śmiechu, ale nie mówiłam nic patrząc jak brudny, szary deszcz spływa po szybach. On też milkł i odgarniał z czoła włosy, tak jak odgania się złe myśli. Ze zmarszczonymi brwiami patrzyliśmy na puste półki lodówki.&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="color: rgb(0, 0, 0); font-family: courier new;font-family:courier new;"&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style=""&gt;           &lt;/span&gt;Błyskało kiedy gramoliliśmy się do wanny, zmęczeni szukaniem nas w tekstach piosenek, dziwnie pasujących do naszego uścisku. Świece miały zadośćuczynić romantycznej wizji uczuć, więc zapalaliśmy je, bo od dzieciństwa jedliśmy cudze marzenia, choć pięknie było i bez tego. Na jego twarzy naliczyłam miliony zmarszczek po dawnych strachach, ginęły kiedy pijaną ręką myłam jego czoło, tłumacząc sobie, że nie ma się czego bać. Dotykał moich stóp i piersi kiedy wiatr trzaskał oknami i przewracał kartki nie przeczytanych książek. Ktoś na równiku umierał z głodu, mądrzy ludzie odkrywali galaktyki i neurony, zaradni wybierali buty na zimę a my nadal plątaliśmy się w sobie jak dzieci. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="color: rgb(0, 0, 0); font-family: courier new;font-family:courier new;"&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style=""&gt;           &lt;/span&gt;Dzień był potworny a my niewyspani potykaliśmy się idąc do sklepu, w którym pani sprzedawczyni poprosiła go o pomoc patrząc na jego pośladki. Odkręcaliśmy butelkę mówiąc w języku biznesu, który okazywał się świetnie służyć wyrażaniu uczuć. Wtulałam się w jego ramię pachnące już znajomo. Przeglądaliśmy się w afiszach teatralnych. I w każdym było coś o nas. Krzywy uśmiech, wielka miłość, albo tylko sweter w takie same paski. Przeglądaliśmy się w afiszach teatralnych a świat złamywał nad nami ręce. Nie umieliśmy żyć inaczej. Nie szukaliśmy celu. Szliśmy ulicami miasta, które wcale nie chciało nas oglądać. Popieprzeńcy, myśleli o nas ludzie. A my chcieliśmy być z afiszy. Tacy niezmienni. I wiecznie tragicznie dumni. Szliśmy trzymając się za ręce, a ludzie uśmiechali się do nas, jak zwykle ludzie uśmiechają się na widok miłości. Ludzie warczeli, ludzie wyli, ludzie ujadali dziko, kiedy kupowaliśmy bułki i kiedy patrzyliśmy na kaczki w parku. A my złościliśmy się tylko trochę i nigdy na siebie. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="color: rgb(0, 0, 0); font-family: courier new;font-family:courier new;"&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style=""&gt;             &lt;/span&gt;W dalekim Pekinie cichła wojna, a w Warszawie znów padał deszcz. Zagryzał wódkę mandarynkami a ja wymyślałam hasła do zgadywania. Zielonym długopisem malował mi tatuaże, które odbijały się potem na jego wilgotnym ciele rozciągniętym na drapiącym kocu. W telewizji pani krzyczała na pana i nie rozumieli nic, kiedy spoglądali z ekranu na nas, wpatrzonych w nasze zaciśnięte na sobie dłonie. Powiedziałam mu, że będę zawsze, że jak na zdjęciach nic się nigdy nie zmieni i będę tak obejmować jego udo do końca świata. On uśmiechnął się mądrze i czule, uśmiechem z jakim patrzy matka, gdy ktoś śmieje się z wybryków jej niesfornego dziecka. Zawijałam się w niego jak w kokon, w którym karmił mnie troską i serem. Strzepywałam z jego skroni strach o przyszłość, która chyba była już teraz. &lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;Zawijałam jego dłonie w swoje włosy i dotykałam jego pachwin smakujących truskawkową czekoladą, po dwa złote, którą pani sprzedawczyni podawała bez uśmiechu. Kochaliśmy się jak zwierzęta, na które ktoś czyha, jakby za chwilę ktoś miał strzelać do nas, leżących bezbronnie i nago. I jak zwierzęta kryliśmy się pod własnym pragnieniem. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="color: rgb(0, 0, 0); font-family: courier new;font-family:courier new;"&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style=""&gt;                &lt;/span&gt;Deszcz ustał na dobre. Przestałam się bać, uspokojona jego dłońmi na swoim karku. Złożyłam parawan między naszymi domami i ustawiłam go w kącie. Oglądaliśmy nasze zdjęcia, rozmazane jakby bały się oddać nas. Zdjęcia, na których byliśmy podwójni, jakby każde chciało być w dwóch osobach. Chciałam mieć go pełne oczy. Szliśmy na spotkanie z ludźmi, a ja ciągle spotykałam w nich jego. Chyba patrzył na mnie z radością, na którą chciałam zasłużyć. &lt;span style=""&gt;        &lt;/span&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="color: rgb(0, 0, 0); font-family: courier new;font-family:courier new;"&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style=""&gt;             &lt;/span&gt;Słońce świeciło na brudną Warszawą, w której zapach psiej kupy mieszał się z zapachem młodych liści. Łapałam się za głowę myśląc jak pięknie urządził się świat a on przytulał mnie jakby bał się, że to migrena. Czytaliśmy menu, albo rozkład jazdy i ciągle słyszałam w naszych głosach melodię. Śpiewałam mu więc fałszując najdawniej poznane piosenki, które nie miały sensu i nie nadawały się na przeboje a on śmiał się przewracając mnie na łóżko. Pięknie oddychał przy moim uchu, kiedy usypiałam spokojnie, wiedząc, że będę śnić o nim. Śniłam, że nie śpię i chciałam się obudzić. Rano opowiadał mi jak zgrzytam zębami przez sen i wiedziałam, że to na pewno przez to walkę. Nie mówiłam nic kuląc się przed dniem.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="color: rgb(0, 0, 0); font-family: courier new;font-family:courier new;"&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style=""&gt;             &lt;/span&gt;Kiedy szliśmy nocą ulicami opowiadał mi o pięknie i o bólu. Patrzyłam na nasze stopy równo człapiące po chodniku i wiedziałam, że żadna armia świata nie ma tak doskonale maszerujących żołnierzy, że musimy w końcu dorosnąć i śmiałam się uradowana, że dorastać będziemy tak jak idziemy, razem. Policjanci bacznie patrzyli na nasze miny kiedy mijaliśmy ambasady strzeżone pilniej niż straszne parki pełne zła. Kiedy mijaliśmy ambasady państw gdzie ludzie płakali z głodu patrzyły na nas lśniące buty i groźne karabiny. Tak bardzo przyciskałam wtedy głowę do jego ramienia, że czułam jak w skroniach zaczyna się ból. Śmiał się i podnosił mnie wysoko tak, że znów jadłam chmury. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="color: rgb(0, 0, 0); font-family: courier new;font-family:courier new;"&gt;&lt;span lang="PL"  style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style=""&gt;              &lt;/span&gt;W dalekim Pekinie ludzie chowali swoich zmarłych i płakali tak bardzo, że drżały małe domki w których mieszkali. W moim domu łzy znikły ze wszystkich słowników. Parzyłam kawę, czekając na niego, nawlekając na sznurek kolejne minuty, kiedy go nie było. Stałam w oknie wypatrując go wśród ludzi na chodniku, z których każdy mógł urodzić się kimś innym. Kiedy przychodził oddychałam nim głęboko i wystawiałam za okno kartkę „nie przeszkadzać”. Zapadałam się w jego słowa, zawąchiwałam się w jego włosach i gładziłam zmęczone ulicą uszy. Rozwinięte już liście zakrywały nas przed światem i oczami ptaków uparcie krążących nad blokiem. Przez otwarte okno małym strumyczkiem do środka sączyła się przedwojenna Warszawa pełna kawiarni i bryczek. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;span style="color: rgb(0, 0, 0); font-family: courier new;font-family:courier new;font-size:100%;"  lang="PL" &gt;&lt;span style=""&gt;               &lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt;   &lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;W dalekim Pekinie oschły już łzy najwytrwalszych żałobników, a w Warszawie nawet żebracy uśmiechali się do słońca, kiedy w porwanych spodniach i skarpetkach nie do pary mówił mi, że odchodzi.&lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:courier new;font-size:100%;"  &gt; &lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-115860156545816288?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/115860156545816288/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=115860156545816288&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/115860156545816288'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/115860156545816288'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/09/pekin-warszawa.html' title='Pekin-Warszawa'/><author><name>zzzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05707592879992423057</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-115333307663447733</id><published>2006-07-19T20:14:00.000+02:00</published><updated>2006-07-19T20:25:59.590+02:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>&lt;p face="lucida grande" style="color: rgb(102, 102, 102); text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;!--[if !supportEmptyParas]--&gt; &lt;!--[endif]--&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div face="lucida grande"&gt;  &lt;/div&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;!--[if !supportEmptyParas]--&gt; &lt;!--[endif]--&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;span style=""&gt;    &lt;/span&gt;SŁOIKI&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;!--[if !supportEmptyParas]--&gt; &lt;!--[endif]--&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;!--[if !supportEmptyParas]--&gt; &lt;!--[endif]--&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style=""&gt;Kiedy Mateusz poznał smutnego P. obaj byli zupełnie zwykłymi chłopakami. Mateusz miał 16 lat i był trochę samotny, a smutny P miał strasznie długie imię i oczywiście był zawsze trochę smutny. Poznali się kiedyś nad rzeką stając w kolejce do skoku z mostu samobójców. Smutny P stał z przodu i tupał nogą a Mateusz drapał się po głowę i zastanawiał, jaką P wystukuje piosenkę. W końcu nie wytrzymał i zapytał. I tak zaczęła się ich wielka przyjaźń, a zamiast do rzeki, skoczyli na piwo. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;Od tego dnia spotykali się codziennie. Mateusz pilnował, by P jadł obiady i wychodził na dwór. P nawet był mniej smutny. I na swój sposób kochał za to Mateusza. Ale P nie umiał tego pokazać. Gdyby za pokazywaniu uczuć było oceny, P dostałby dwóję. Ale Mateusz nie przejmował się i dalej dbał o P. Był szczęśliwy, tylko jego matka patrzyła ze strachem jak jej syn, z dnia na dzień, staje się coraz smutniejszy. Ale Mateusz wiedział, że tak być musi. Że nie pomoże ani zupa pomidorowa ani głaskanie mamy. Wiedział, że nie pomoże nawet nowy rower. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;Musiał smutnieć, bo karmił P własną radością. Głęboko w głowie, każdy ma słoik radości. I ma on wystarczyć na całe życie. Niektórzy rodzą się z ogromnymi słoikami a inni mają malutkie słoiczki. I nie ma w tym żadnej prawidłowości ani sensu. Mateusz o tym wiedział i myślał, że P ma taki mały słoiczek wielkości naparstka, nie większy. Dlatego do każdego posiłku dorzucał mu trochę swojej radości, dzięki czemu P był już całkiem pogodny. Biedny Mateusz nie wiedział, że sam ma radość wielkości pestki wiśni. Kiedy był już tak smutny, że całymi dniami płakał, dalej nie wiedział, że słoik P jest wielki jak wiadro. Kiedy umierał z żalu i smutku, P rozkładał ręce, lecz nie otwierał swojego słoika, bo w głębi duszy nie lubił Mateusza. Ale Mateusz o tym nie wiedział. A nawet gdyby wiedział, i tak karmiłby go swoją radością. W końcu P był jego przyjacielem. &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;div  style="text-align: justify;font-family:lucida grande;"&gt;&lt;span style="color: rgb(102, 102, 102);"&gt;   &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-115333307663447733?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/115333307663447733/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=115333307663447733&amp;isPopup=true' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/115333307663447733'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/115333307663447733'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/07/soiki-kiedy-mateusz-pozna-smutnego-p.html' title=''/><author><name>zzzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05707592879992423057</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-114761269003444429</id><published>2006-05-14T15:16:00.000+02:00</published><updated>2006-05-14T15:18:10.046+02:00</updated><title type='text'>wtedy</title><content type='html'>bo teraz są matury i dużo się kończy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;  &lt;p style="font-family: courier new; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;Wtedy tak śmierdzi asfaltem, że&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;odechciewa nam się lodów, wszystkiego nam się odechciewa, ale umawiamy się, że nie będziemy wtedy mówić o śmierci, że nie będzie wtedy czasu przeszłego. Na pomiętych świadectwach maturalnych stawiamy krzyżyki i kółka, a potem myślimy o regułach gry. Taki właśnie dzień, ten dzień i my, ona i on, ona i ja, ja i on, nie wiemy już, które z nas jest które, kto opowiada tę historię później, a to później też jest teraźniejszością. Jesteśmy tacy głupio grzeczni w swoich czarno-białych strojach, naplułbym na chodnik, ale to nie miałoby sensu. Wtedy. Kończyło się bardzo dużo, a nie mieliśmy nawet czasu przeszłego, nie mieliśmy tej ochoty na lody czy cokolwiek, na bunt jakiś, które może odkręciłby jakoś czas, on mógłby chyba tylko napluć na chodnik, ja nie wiem, za co go kocham wtedy. Gubię się, więc dobrze, że trzymamy się za ręce, że stawiamy równo stopy. Z głośników przemawia miasto latem, huczy spalinami, dudni drogimi alkoholami i zawrotnym tempem, to wszystko przeraża, ona kurczy się wewnętrznie, zbiega się jak jego sweter w praniu, ja nie wiem, czy w takim mieście potrafię ją kochać. &lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: courier new; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;I wtedy on pyta, co robimy. A ona odpowiada, że musi iść na obiad, matka już na pewno się martwi, ciągle się martwi, ze zmartwienia obwiązuje sobie ciało szmatami i stara się być jak najbrzydsza, jej obiady też zaczynają już smakować szmatami. Wtedy on namawia ją, chrzań obiad, chodźmy do mnie, zobaczymy, jak ty smakujesz, jak smakuje koniec szkoły i początek lata, czy dzisiaj miłość będzie śmierdziała asfaltem, czy znów będziesz odwracała wzrok, jesteśmy właśnie dorośli, jesteśmy nareszcie dorośli wtedy, nie płacz. I tak robią wtedy, bo zostało im już tylko lato, ostatnie. Głaszczę go po przydługich włosach, wtulam głowę w jej wystające żebra. Gdyby nie muzyka, nie zauważalibyśmy ciszy między piosenkami. Wkładam mu papierosa w usta, jeszcze tym możemy się niszczyć, tym i wdychaniem asfaltu, i kupowaniem starych płyt, których nie ma na czym słuchać. Straszliwie daleko od stałego lądu, tak się czujemy, to nawet trochę nas rusza, to nawet smutne trochę jest, wtedy.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-114761269003444429?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/114761269003444429/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=114761269003444429&amp;isPopup=true' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114761269003444429'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114761269003444429'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/05/wtedy.html' title='wtedy'/><author><name>jakuzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04552229939728467739</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-114252648564577868</id><published>2006-03-16T17:20:00.000+01:00</published><updated>2006-03-16T17:30:57.276+01:00</updated><title type='text'>zepsute telefony, czyli trąbka numer dwa</title><content type='html'>&lt;span style="font-family:lucida grande;font-size:130%;color:#009900;"&gt;Co będzie dalej? Nie bardzo wiem.&lt;br /&gt;&lt;em&gt;zapominam swoje życie po kawałku tracę kolejne minuty godziny chyba tracę już dni&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Siedzę na krawędzi dachu i karmię gołębie. Wystawiam twarz do jesiennego słońca. Macham nogami. Macham intensywniej, gdy niespodziewanie zbiera mi się na płacz, potem mi przechodzi i macham już spokojniej. A potem znów.&lt;br /&gt;Czasami jest tak zwyczajnie. Czasem. Śpimy albo słuchamy muzyki, jedno i drugie ma w sobie coś z pływania tratwą, nie wiem dlaczego, ale tak właśnie jest. Desperacki rejs ku ocaleniu. Nie pamiętam, co chcę ocalić. Nie pamiętam.&lt;br /&gt;&lt;em&gt;teraz idę ulicą mówię sobie żeby wiedzieć co się dzieje gdzie jestem mówię sobie prawie wszystko skoro wreszcie ze sobą rozmawiam&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Idę do kina i w połowie filmu przypominam sobie, że już to widziałam. Całkiem niedawno, może w ubiegłym tygodniu. Pierwsze pięćdziesiąt sześć minut filmu wydawało mi się czymś zupełnie nowym, a potem on mówi, „A cóż to ma za znaczenie?”, jakoś wtedy zrozumiałam, że znam każdą następną kwestię. Dziwne.&lt;br /&gt;Karmię gołębie ciastem, które upiekłam według przepisu, a jednak się nie udało. Przerażającym nadzieniem jest potłuczona szklanka, spadła stłukła się nie wiem dlaczego postanowiłam zapiec ją w cieście drożdżowym, teraz zasypuję okruchami swój dach i płaczę nad gołębiami, jutro obudzą się z poranionymi brzuszkami i ze zdziwienia zapomną, że trzeba oddychać. Mnie się to zdarza.&lt;br /&gt;&lt;em&gt;próbuję zapamiętać cokolwiek odbicie mojej stopy w kałuży brudny kołnierzyk człowieka bez imienia z którym sypiam kolor farby którą wczoraj malowałam syreny kierunkowy do dowolnego miasta cokolwiek&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Przerażająca świadomość, że coś zmyślam. Przerażająca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Skąd dzwonisz?&lt;br /&gt;- Z budki pod domem. Nie lubię naszego telefonu, warczy na mnie.&lt;br /&gt;................Tęsknię.&lt;br /&gt;- Kochanie, ta budka to błąd. Telefon nie działa, pamiętasz? Jest zepsuty, odkąd tam zamieszkaliśmy.&lt;br /&gt;- Nie jest, przecież dzwonię, jak dobrze słyszeć twój głos. Słuchaj, deszcz pada, słyszysz? Pada odkąd wyjechałeś.&lt;br /&gt;- Nie wyjechałem, ja wciąż tu jestem.&lt;br /&gt;-Tak, wiem. Nie pamiętam, gdzie jestem ja. Opowiem ci ulicę, otóż chodnik popękał, ale teraz nie widać, bo pada, ludzie chodzą patrzą jakby mnie nie widzieli, nie wiem jeszcze, jak się z tym czuję, rozmawiam tylko z panią w kiosku, ona mi daje gazety i papierosy, jest naprawdę dobra, wiesz? A ja czytam gazetę i szukam wiadomości o tobie, zwłaszcza sprawdzam katastrofy na morzu, tak jakoś czuję, że to jest tajne hasło, jak je dobrze odczytam, to porozmawiam z tobą naprawdę, a nie z zepsutego telefonu, teraz widzę, że rzeczywiście jest zepsuty, kabel zawinął mi się wokół stóp, chciałabym namalować ten telefon jako człowieka, zrobię to, zrobię to jutro.&lt;br /&gt;&lt;em&gt;co zdarzyło się między tu a teraz te wszystkie kręte korytarze rzeczywistości zdają się prowadzić do jakiegokolwiek rozwiązania może nie jest to zresztą rozwiązanie raczej utwór muzyczny z kluczem którego nie pamiętam&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;Mój Boże, mówię w przestrzeń, która nie ma końca, głos nigdy do mnie nie wróci, nigdy nie przypomnę sobie, o czym rozmawialiśmy ani nawet tego, że wcale nie rozmawialiśmy. Może mi się przyśni. Zwijam się w kłębek, zawinięta w kabel od telefonu, tratwa dryfuje frunie prosto na dach, jest pięknie, to też muszę namalować. Śpię z szeroko otwartymi oczami, śpię śniąc nieskończoność, to nieskończoność jest tym utworem muzycznym, którego szukałam, rozbrzmiewa teraz niekończącym się dźwiękiem trąbki. &lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-114252648564577868?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/114252648564577868/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=114252648564577868&amp;isPopup=true' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114252648564577868'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114252648564577868'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/03/zepsute-telefony-czyli-trbka-numer-dwa.html' title='zepsute telefony, czyli trąbka numer dwa'/><author><name>jakuzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04552229939728467739</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-114252552702846869</id><published>2006-03-16T17:10:00.000+01:00</published><updated>2006-03-16T17:17:19.513+01:00</updated><title type='text'>Krótka lekcja gry na trąbce</title><content type='html'>&lt;span style="color:#333399;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Akord 1&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-Sam, nalej mi, honey. Tak jak lubię- Betsy płynie przez salę. Aksamitna suknia otula jej ciało. Patrzę z podziwem na jej piękne czarne dłonie i silne nogi, w których najpiękniejsze jest to, że mogę mówić, myśleć o nich „czarne”, że polityczna poprawność ich nie wybieliła. Sam uśmiecha się znad wyprasowanego kołnierzyka. Leje wódkę. Tak jak lubi Betsy. Ona też uśmiecha się i odpala papierosa swoją złotą zapalniczką, którą dostała pewnie od któregoś z wielbicieli. Jak ten biedny głupiec, którego znaleźli martwego. Jak tylu innych. Zaciąga się powoli. Ma duże leniwe usta. Sam kocha ją od kiedy pierwszy raz zobaczył jak pali. Jakby jadła opłatek. Jakby z każdym wdechem ratowała ludzkość od zagłady. Jakby błogosławiła narody. Święta Betsy od odpalanego papierosa. Załóżmy jej kościół- mówię do Sama, bo też ją kocham. Betsy patrzy na mnie przez ramię i wydmuchuje dym. -Zagraj - mówi swoim szarym głosem. – Zaśpiewasz? -pytam w odpowiedzi, myśląc, że dla niej mógłbym grać całą noc. Ale kręci głową sięgając po popielniczkę. Zawsze odmawia. A ja zawsze pytam. Sam wzrusza ramionami i odwraca się do klientów. Betsy siada przy moim stoliku i odprawia swoją mszę bycia Betsy, mszę powolną i smutną jak jej piosenki. Mszę z dymu i wódki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Akord 2&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamknij okna a ja zastawię drzwi szafą, bo zjedzą nas faksy, zaduszą kable. Słyszysz, jak groźnie warczy lodówka? Dziurkę od zamka zapchamy watą. Na ścianach rozwiesimy dźwiękoszczelne zdjęcia naszych stóp. Dotknij mojej głowy. Czujesz? Już tam jest. Już jestem zarażony. Uciekaj, albo wyrzuć mnie jak telewizor. Nie, nie możesz zostać, dla Ciebie to nie ma sensu. Skończ z tymi romantycznymi bzdurami. To nie titanic, to Warszawa. Nie dotykaj mnie, dobrze wiesz, że to zaraźliwe. Nie dotykaj, kocham Cię. Wiem. Wiem. I dlatego muszę już iść. I tak już nie ucieknę od niego. Ale ty musisz. Nie możesz tak po prostu mnie trzymać. Operacja? Ty? Nie ma sensu. Za duże ryzyko. Nie płacz. Nie o to chodzi. Dobrze. Weź nóż. Ogolisz mi głowę najpierw. O tak, jeszcze na karku. Nie bój się. To nie może boleć. Nie boli. Krew? To nic. Tnij dalej. Czy ten chrobot to kości już? Czaszka? Jaki ma kolor? Hm... Na biologii kiedyś się zastanawiałem, ale to było dawno, może w piątej klasie. I jednak, miałem rację. Coraz trudniej mi mówić. Ty mów. Aha, no tak. A pamiętasz jak byliśmy... Jak to już? Pokaż. Tak, jest straszny. Na trzy cztery otwieram okno a ty rzucaj. Tylko szybko, zanim wlecą inne. Ufff.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Akord 3&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tramwaj pusty. Światła migoczą za oknem. Warszawa zlewa się w pasmo bruków&lt;br /&gt;i mgieł. Patrzymy na siebie, bo nie mamy wyjścia. Przystanek X, Y, Z. Wyglądasz jakbyś nigdy nie śnił. Ja pewnie wyglądam tak samo. Wymięci. Wyssani. Twoje oczy nie&lt;br /&gt;opowiadają historii. Nie patrzą przenikliwie. W głowie stawiasz pasjansa ze starych&lt;br /&gt;pocztówek. Każde po swojemu płacze nad powstańcami. Tekstura asfaltu. I moje w&lt;br /&gt;dzieciństwie poobijane kolana. Prawdziwy ból. Rocamadour się nie obudzi, chociaż&lt;br /&gt;kompresy zawsze szczypią. Liście już się znudziły wiszeniem. Film o jesieni w Paryżu&lt;br /&gt;dzieje się w Tokio. Oglądaliśmy go ze środkowego rzędu w małym kinie. Śmieszny&lt;br /&gt;bileter uśmiechał się do nas zachęcająco i daliśmy mu wiarę. Słusznie. Jeden z wielu&lt;br /&gt;dobrych wyborów. Bohater marznie w nieskończonej marmurowatości. A gdy się&lt;br /&gt;wypełniły dni....To było pokolenie. A popatrz na nas. Światła samochodów rozmazują się za brudną szybą. Może będzie tęcza. Opowiadała mi o archipelagach szczęśliwych&lt;br /&gt;rysując patykiem kółka na mokrej ziemi. Ciągle pachniało burzą. Witryny. Święta znów&lt;br /&gt;będą nieudane. Mikołaj zapomni adresu. Spali się strucla. Lepiej nie wychodzić z domu i nikogo nie zapraszać. Lepiej będzie dla wszystkich jeśli zgubi się kalendarz. Spóźniony pasażer dosiada się do nas i przez chwilę czekamy na diagnozę. Bezsensownie. Jeszcze nie ochłonął po biegu. Goni go czas. Niebo pochmurne. A może tylko osowiałe. Jak my. Wszak na podobieństwo Boga... Podłą ma twarz i zmęczone nogi. Mój Bóg ma rozpięty płaszcz i stare trampki. Jak jego człowiek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;Akord 4&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracaj do domu. Nic tam po tobie. Nie patrz już na tę krew. To Cię zmieni i może już nigdy nie będziemy mogli się przytulać. Boję się, że nie będziesz umiał mnie dotykać jak kiedyś. W nocy śnią mi się dzieci bez oczu, niosące transparenty utkane z włosów poległych i lewitujące czołgi. Ty drapiesz się w głowę czyszcząc broń. W dzień muszę rozmawiać z sąsiadami. Na klatce zaczepiła mnie wczoraj pani X, w sklepie pan M. Pytają o Ciebie z minami zafrasowanymi. Czekam, kiedy podarują mi czarne sukienki. Jesień w tym roku jest zimą. Codziennie odgryzam kawałek kalendarza. Żuję go na śniadanie. Pralka się zepsuła od nieużywania. Sofa skrzypi. A ja powoli zapominam o rzeczach. Na naszych zdjęciach twoja twarz poczwarnieje każdego dnia. Moja blednie. Sztuka znów górą. W telewizji mówią o was z za mała dumą spod której wystaje strach. Pani spikerka ma czarne krótkie włosy i duży nos. Dostałam list od Pana Prezydenta i kupon na nagrobek. Jeśli nie wrócisz wyryję na nim „Kłamca”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;. &lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-114252552702846869?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/114252552702846869/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=114252552702846869&amp;isPopup=true' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114252552702846869'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114252552702846869'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/03/krtka-lekcja-gry-na-trbce.html' title='Krótka lekcja gry na trąbce'/><author><name>zzzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05707592879992423057</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-114209359610533461</id><published>2006-03-11T17:12:00.000+01:00</published><updated>2006-03-11T17:13:16.106+01:00</updated><title type='text'>Jedno życzenie</title><content type='html'>Dla P. - magika prozy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ulice parzyły. Sierpień smażył plecy półnagich lolitek. Lody rozpływały się na rękach dzieciaków. Na bruku starówki dudniły obcasy i czubate pantofle. Pachniało perfumami i moczem. Demokratycznie grzało wszystkich.&lt;br /&gt;    Anielka ciągnęła mamę za rękę i coś tam sobie piszczała. Mama nie słyszał nawet co, ale dawała się ciągnąć małej. A mała sama nie wiedziała czemu tak bardzo chce już być za rogiem. „Tam jest cud” myślała. „Tam musi być”. Szukała go od miesięcy. Kiedy patrzyła na mamę i kiedy słyszała, jak zamykają się drzwi łazienki za którymi mama mogła chować się w wannie i udawać, że oczy ma czerwone od pary i szamponu. Ale Anielka wiedziała, że ten szampon nie szczypie w oczy. I tylko udawała, że wierzy we wszystko.&lt;br /&gt;    A teraz wierzyła naprawdę, że za rogiem jest cud. Jak w tych książeczkach o cudach. Zawsze były za rogiem. Spoconą, lepką od lodów dłonią trzymał mamę i przeciskała się między paniami i panami pachnącymi spokojem. Wolną ręką odsuwała garnitury i jeansy torując sobie drogę. Byle do rogu Freta.&lt;br /&gt;      Nie ma cienia. Ani grama cienia. - Myślała mama. - Ani centymetra wytchnienia. Ale mała bawi się dobrze. Śmieje się wreszcie. Co ja jej za życie daje. Nic dziwnego, że taka smutna cały czas. Tylko siedzi i patrzy. A te jej wielkie oczy nawet nie płaczą. Zaraz się ugotuję w tym upale, ale ona się śmieje. Moje dziecko. – zdziwiła się tak, że jej myśl zabrzmiała pytająco.&lt;br /&gt;     Słońce paliło. Na Nowym Rynku ze sceny spocony komik gadał głupoty. Zmęczonych przechodniów nie bawił jego dowcip. Nie uśmiechali się nawet. Mijali go, jak się mija chore gołębie. Z myślą, że taki już jest świat. Czuł się podle, bo nie mógł zejść ze sceny. Kontrakt wyraźnie mówił, że występ ma mieć dwugodzinny. Spojrzał na zegar na wieży. Jeszcze 45 min. W tym upale. W tej próżni.&lt;br /&gt;       Aniela minęła scenę nawet nie patrząc na komika. Mama spojrzała na niego i uśmiechnęła się ze współczuciem. Ale oczywiście jej uśmiechu nie widział nikt. –Ten to ma piekło.- pomyślała smutno. I jeszcze raz uśmiechnęła się do niego, pragnąc, żeby zauważył, że go rozumie. Ale on patrzył w punkt zawieszony gdzieś wysoko nad głowami ludzi. Na wyimaginowany zegar odliczający czas do zejścia.&lt;br /&gt;       Docierały do rogu. Aniela była już zmęczona przepychaniem się w tłumie. Bolały ją ręce od przesuwania ludzi. Ale szła dzielnie oglądając się czasami na mamę, która wydawała się znów tak bardzo smutna. Cień. Kamienica na rogu rzucała cień. Weszły w niego jak wchodzi się do domu po długim pobycie za granicą. Aniela zamknęła oczy kiedy skręcały w boczną uliczkę. Zacisnęła powieki i kurczowo ścisnęła rękę mamy. Policzyła do trzech i zatrzymał się tuż za rogiem. Otworzyła oczy i przez chwilę widziała tylko białe światło.&lt;br /&gt;          Potem zobaczyła plecy. Wiele odwróconych do niej plecami ludzi skupionych wokół czegoś niewątpliwie pasjonującego. Kolejny raz przecisnęła się przez tłum. I stanęła w pierwszy rzędzie. Podniosła głowę. Mama uśmiechała się lekko i sennie.&lt;br /&gt;          Na chodniku stał magik. W zielonym meloniku, zielonej pelerynie i czarnych trampkach, które wzbudziły na chwilę podejrzenia w głowie Anieli. Ale rozwiała je szybko, myśląc, że cud to cud i nie ma co wybrzydzać. Magik wyjmował chusteczkę z własnego palca. Taką samą jaką miała mama. Zieloną w paski. Tą, którą kiedyś zawiązała sobie na głowie, kiedy była księżniczką. Skąd on ma tą chusteczkę? – myślała Aniela. –Pan magik robi zakupy w Galerii- myślała mama.&lt;br /&gt;          Dzieci biły brawo, a rodzice szperali w poszukiwaniu drobnych. Magik schował chustkę i zdjął melonik. Przetarł czoło nadgarstkiem i przemówił dziwnie normalnym głosem. –A teraz potrzebuję ochotnika. Dziecka, które ma wielkie marzenie. Tylko jednego, bo już jestem zmęczony.&lt;br /&gt;        Aniela aż zadrżała. Puściła rękę mamy i skoczyła w stronę magika. Pogłaskał ją po głowie, a inne dzieci patrzyły na nią z zazdrością i podziwem. Aniela nie zwracała na nie uwagi. Patrzyła tylko na magika i jej wielkie oczy lśniły łzami i wiarą. Bo przecież wiedziała, że za rogiem będzie cud. Pan magik powiedział, że teraz ona musi wyszeptać mu swoje marzenie do ucha, a on je spełni. Dzieci zamilkły, rodzice zachichotali, a Aniela zamknęła oczy i szepnęła : „Chcę, żeby spełniło się życzenie mojej mamy. Ja nie wiem, o czym ona marzy, ale pan wie, prawda, więc niech pan tak robi, żeby się spełniło.”&lt;br /&gt;        Magik wyprostował się i spojrzał na mamę Anieli a potem na nią i zapytał: „ Jesteś pewna?” Aniela była pewna. Niczego tak nie pragnęła. Skinęła więc głową i uśmiechnęła się. Magik pokiwał głową, bo wiedział, że obietnic się nie łamie, a obiecał spełnić jej marzenie. Zamknął oczy i złożył ręce. Teraz już wszyscy wstrzymali oddech.         Jeszcze długo nie mogli oddychać normalnie zastanawiając się dlaczego ta słodka dziewczynka, chciała, żeby jej mama umarła.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-114209359610533461?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/114209359610533461/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=114209359610533461&amp;isPopup=true' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114209359610533461'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114209359610533461'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/03/jedno-yczenie.html' title='Jedno życzenie'/><author><name>zzzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05707592879992423057</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-114209289928320419</id><published>2006-03-11T16:59:00.000+01:00</published><updated>2006-03-11T17:01:39.293+01:00</updated><title type='text'>taka miłośc nie zdarza się co dzień</title><content type='html'>&lt;p style="color: rgb(0, 153, 0); font-family: lucida grande;" class="MsoBodyTextIndent"&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;z cyklu: ladies first&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt; &lt;p style="color: rgb(0, 153, 0); font-family: lucida grande;" class="MsoBodyTextIndent"&gt;Dziwnie tak jakoś bez rodziców w domu, pachnie wódką i świeżym praniem, pachnie jazzem i zmęczeniem. Oglądają stare filmy, tną gazety na kawałki, rzucają w siebie pestkami mandarynek. Czasem z nudów nie chce im się odzywać, siedzą naprzeciwko siebie przy stole w kuchni i wspólnie palą papierosa wykradzionego matce z szuflady. Potem on mówi: chodź gdzieś, i idą, i tańczą do świtu, wracają pierwszym dziennym tramwajem i objęci oglądają kolorowe pasy na ekranie telewizora. Taka miłość nie zdarza się co dzień, zdarza się tylko raz na miliony lat świetlnych, miłość od urodzenia, a może i wcześniej. Ona była pierwsza, zawsze pierwsza, pierwsza w szkole, pierwsza na kursie tańca, pierwsza przy ołtarzu wzięła pierwszą komunię, a potem pierwsza ją wypluła na koronkowe rękawiczki i przykleiła do pleców masywnej dziewczyny w pierwszym rzędzie.&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;   &lt;p style="color: rgb(0, 153, 0); font-family: lucida grande;" class="MsoBodyTextIndent"&gt;Rodzice ufali im bezgranicznie, chociaż absolutnie nie potrafili pokochać. Nie byli dziećmi, które potrzebowałyby ich miłości, mieli siebie z całym swoim zepsuciem, ze swoimi chorymi siedemnastoletnimi marzeniami, z tonami przeczytanych książek, o których mogli rozmawiać tygodniami albo wcale. Zawsze mówili sąsiadom dzień dobry i zawsze odrabiali prace domowe; szkoła była banalnie prosta w porównaniu z każdym zdaniem, jakie cytowali. Wyznaczali sobie dodatkowe zadania, żeby zabić narastającą nudę: przetańczyć całą przestrzeń Starówki, zadzwonić do radia i wyrecytować swój nieudolny wiersz, spalić wszystkie niebieskie ubrania, przespać się z nauczycielem, onanizować w kościele, szybciej niż to drugie przeczytać Prousta. Życie polegało na ciągłym wygrywaniu z przeciętnością; mimo to wciąż czuli się straszliwie bezbarwni. Być może starali się podwójnie, bo sami byli podwójni; być może za bardzo wciągnęli się w swoją dziwaczną grę; nigdy się nad tym nie zastanawiali, byłoby to przyznaniem się do przegranej i zdradą tego drugiego.&lt;/p&gt;   &lt;p style="color: rgb(0, 153, 0); font-family: lucida grande;" class="MsoBodyTextIndent"&gt;A tak mogli budzić się po to, by wymyślać nowe wyzwania, by smażyć sobie nawzajem jajecznicę i pijąc od rana koniak z barku rodziców krzywić się na myśl o ich powrocie. Zdejmowali świeżo wyprane koszule i obwiązywali się nimi jak kaftanem bezpieczeństwa; tak wychodzili na balkon i terroryzowali podwórko improwizowanymi tekstami o łazienkowych rurach. &lt;/p&gt;   &lt;p style="color: rgb(0, 153, 0); font-family: lucida grande;" class="MsoBodyTextIndent"&gt;Szli później do dowolnego klubu i tańczyli, dając się następnie gwałcić w toalecie na własne życzenie, pluli na swoje odbicia w lustrze i wracali na parkiet, gdzie koniec piosenki był końcem wszechświata; nie przestawali więc tańczyć, zatracając się w muzyce na tyle, że nieistotne wydawało się wszystko, co wcześniej. W tym tańcu byli jak para spiskowców nastających na własną niespełnioną ambicję bycia jeszcze bardziej. &lt;/p&gt;   &lt;p style="color: rgb(0, 153, 0); font-family: lucida grande;" class="MsoBodyTextIndent"&gt;I to ona pierwsza znalazła dla nich prawdziwe wyzwanie. Gdy tańczyli już sami na środku sali, a barman sprzątał potłuczone szklanki, ona objęła brata i przysuwając mu do ucha spieczone wargi, szeptem mówiła, zabijmy się dzisiaj, mam taką straszliwą chęć się zabić, weźmy broń ojca i pozabijajmy się nawzajem, a on nie musiał się nawet zastanawiać, ty pierwsza, powiedział tylko, i już jechali taksówką nierównymi ulicami miasta, już wyjmowali z suszarki świeżo wyprane koszule i nawzajem zbyt długimi rękawami wycierali sobie zapłakane twarze.&lt;/p&gt;   &lt;p class="MsoNormal" style="text-indent: 27pt;"&gt;&lt;!--[if !supportEmptyParas]--&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 153, 0); font-family: lucida grande;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;!--[endif]--&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-114209289928320419?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/114209289928320419/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=114209289928320419&amp;isPopup=true' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114209289928320419'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114209289928320419'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/03/taka-mioc-nie-zdarza-si-co-dzie.html' title='taka miłośc nie zdarza się co dzień'/><author><name>jakuzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04552229939728467739</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-114208113272844030</id><published>2006-03-11T13:37:00.000+01:00</published><updated>2006-03-11T13:45:32.740+01:00</updated><title type='text'>Kazi Szczuce poświęcam</title><content type='html'>Do czytania przy muzyce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- To jak, idziemy?&lt;br /&gt;- No tak, tak.&lt;br /&gt;- To zbieraj się, wychodzimy za 20 min.&lt;br /&gt;- Ok. Idziesz pod prysznic, czy ja mogę?&lt;br /&gt;- Idź, ale się pospiesz.&lt;br /&gt;- Dobra, dobra.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kąpię się szybko. Głowę mydlę jedną ręką, a drugą golę już nogi. Nie ma mojego mydła.&lt;br /&gt;Jego śmierdzi wanilią. Myję się cała szamponem. I wychodzę, a on już się zbiera. Szykuje, picuje, będzie błyszczał.&lt;br /&gt;Nie wiem, co się stało z moją czułością. Myślę:&lt;br /&gt;„Zostaw kurwa to lustro. Nic się nie zmieniło od ostatniej sesji próżności. Spójrz na mnie. Słyszysz. Popatrz, tchórzu, esteto. Co? Nie? Do cholery, zjadłam już paznokcie. Nudzę się. Gdybyś nie był takim skurwielem moglibyśmy pójść na spacer. Ale Ci chuju fryzury szkoda. A mnie Ci nie szkoda??? Nie szkoda?? &lt;br /&gt;Kiedy zjadam własne włosy wyrywane garściami podczas wieczorów, kiedy nie ma Cię nigdzie. Kiedy muszę sama otwierać ogórki i kiedy mam depresję. Ja dramatyzuję, wiem. Ja tak mam. Ja wiem, że nie mogę się wkurwiać o byle co. O Twoje wyjście na piwo nie ze mną. Wiem, że też mogę. Z nimi na piwo, na wódkę, nareszcie bez Ciebie. Mogę. Ale nie chcę. Wiesz przecież, że nie dymam kelnerek.&lt;br /&gt;Nie mam pasji i talentu. Nie umiem nawet udawać, że Cię kocham. We wszystkim jesteś lepszy. Nawet nie zauważasz mnie lepiej niż ja Ciebie. I to nie twoja wina.&lt;br /&gt;Siedzę obok. Jeśli tylko opuścisz wzrok zobaczysz jak zaglądam pod podłogę. Gdzieś tam jestem szczęśliwa. Pod płytkami PCV. Rakotwórczymi. Uda mi się tam wrócić. Wierzyć. Wierzyć. Papierosy mi nie służą. I co? Cera ziemista. „Twój lekarz lub farmaceuta” „szkodzi Tobie i osobom w Twoim otoczeniu”. Doskonale wyglądałbyś w kitlu.&lt;br /&gt;Śniło mi się. Już mi się to śniło. Obudziłam się świecąca od potu. A teraz mam na żywo.&lt;br /&gt;Patrzę na Ciebie i Ty na siebie patrzysz. Ja przed siebie, Ty w lustro. Piękny kadr. Tylko, że fotograf pije gdzieś wino. A szkoda, bo w antyramie pięknie wyglądałby twój profil. I CV twoje. Oprawione wszystko nabiera powagi. Przykryj mnie proszę szybą może i ja.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Co tak siedzisz? Nie malujesz się?&lt;br /&gt;- Maluję, już już.&lt;br /&gt;Paciam się tymi pudrami, podkładami. Policzki się rumienią, rzęsy rosną. Usta, jeszcze usta. Potem przy paleniu tak ładnie brudzi się papieros. I szklanki znaczone jak karty, wiem, którą podnieść, żeby bez problemu się najebać. Ja mam problem? Z piciem? Może. Upijam się. To żałosne. Ale nie mogę tak po prostu tam stać i patrzeć na ich miny, kiedy lejesz im lukier. I kiedy Ci wierzą. A ty jak Chrystus i Bond w jednym rozdajesz błogosławieństwa, głosisz wizje i urzekasz czarem delikatnego dowcipu.&lt;br /&gt;- Ty, nawet nieźle wyglądasz.&lt;br /&gt;Coż za komplement, skurwysynu. Król mód właśnie skinął w moją stronę berłem. Tańczmy na ulicach Rio. Padlina weszła do kanonu.&lt;br /&gt;- Zawstydzasz mnie.- tłumaczę nagły rumieniec złości.&lt;br /&gt;- Ciągle?-  „tak, masturbuj to swoje przerośnięte ego.”- Mysza, Ty mnie chyba serio      kochasz. Ale trudno Ci się dziwić, hahaha- „boże, ty debilu, ty pierdolnięty manekinie, kaleko. Czy przysługuje renta za brak miłości? Czy dostaniesz pieniądze na nowe ego? Chyba już czas powiedzieć Ci. Raz, dwa, trzy. I mówię, że zero. Że jesteś zerem. Albo nie, że jesteś egoistą, fetyszystą, debilem, zapatrzonym w siebie narcyzem, szpanerem, fałszywym chujem. Tylko czy nic nie pominę, chyba alfabetyczne muszę lecieć.”&lt;br /&gt;- Mysza, ale ja Ciebie też. Co ja bym bez Ciebie zrobił?- „kurwa, nie teraz, nie teraz, nie, nie, nie. Włażę pod stół, i przewijam ostatnie słowa, nie możesz mi kurwa tak mówić. Ja nie mogę z tym swoim zerem, kurwa, ty mnie potrzebujesz. Na Dobrej i na złe. To znów ja. Przestać pic, to wszystko przez wódę. Moje problemy ze sobą nie z Tobą.”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taksówkarz się uśmiecha do nas, pyta czy jedziemy się bawić? Połyka Cię wzrokiem. Mnie zagląda pod kieckę w lusterku. Warszawa gapi się na nas zza okien. Na przejściach zaglądają do środka zmarznięci ludzie. Dojeżdżamy do H. Pod drzwiami spotykamy Twoje dawne dziwki. I jeszcze 2 inne, które pewnie dopiero uwiedziesz. Ale teraz podajesz mi rękę i przedstawisz udając dumę. Stoimy na chodniku, a dupa mi odmarza. W końcu otwierasz drzwi i z uśmiechem rzucasz:&lt;br /&gt;- Ladies first- a potem stoisz i gapisz się na dupy przechodzących. Moją widziałeś już tyle razy, że wchodzisz przede mną. Stoję przed drzwiami. Pijaczek kiwa głową i szepcze mi do ucha: „Taki chuj, to nawet ja nie jestem”.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-114208113272844030?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/114208113272844030/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=114208113272844030&amp;isPopup=true' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114208113272844030'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114208113272844030'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/03/kazi-szczuce-powicam.html' title='Kazi Szczuce poświęcam'/><author><name>zzzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05707592879992423057</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-114204542590972432</id><published>2006-03-11T03:44:00.000+01:00</published><updated>2006-03-11T03:51:03.180+01:00</updated><title type='text'>Niewidoczni</title><content type='html'>&lt;em&gt;Dla A. i K.&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-To kiedy się spotykamy? – spytała w końcu Zuza i spojrzała na Mewę. – Może być w piątek?&lt;br /&gt;-Może być w piątek. – wzruszyła ramionami Mewa.&lt;br /&gt;-No to jesteśmy umówione, jeszcze się dokładnie dogadamy w szkole.&lt;br /&gt;Krótkie, lekko zażenowane pożegnanie i każda poszła w swoją stronę. Zuza podbiegła i wskoczyła do pustawego o tej porze tramwaju, usiadła, prześlizgnęła się szybkim spojrzeniem po skurczonych z zimna pasażerach i skierowała wzrok za szybę, na ciemne i zamglone miasto.&lt;br /&gt;Mewa stanęła pod wiatą przystanku i wyjęła kolejnego papierosa. Dym wymieszany z parą otulał ją i krył jeszcze skuteczniej od mgły. Na autobus o tej porze mogła czekać jeszcze długo, ale, pomimo zimna, ten wyludniony, zanurzony w szarości i mroku przystanek podobał jej się – przynajmniej dopóki miała jeszcze papierosy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spotykały się od paru miesięcy, dosyć nieregularnie, ale zawsze tylko we dwie. Chodziły do Aurory, a kiedy ją zamknęli, do Jadłodajni Filozoficznej i piły, zawsze wino i zawsze grzane – rytuał wiązał się z ogrzewaniem zgrabiałych dłoni ciepłem szklanek i zapalonymi zapałkami, które dla niepoznaki ożywiały papierosy, a papierosy musiały być. Przynosiły ze sobą zapisane kartki, które trzeba było szybko przeczytać, pochylając głowę z powodu braku światła. Potem mówiły jakieś słowa i słuchały innych słów. Patrzyły w przestrzeń zaciągając się papierosami i z przykrością obserwowały jak w szklankach ubywa wina. Rozmawiały, czasem się śmiały, czasem milczały. W końcu wychodziły, szły razem w stronę Placu Zamkowego i rozstawały się przed przejściem dla pieszych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mewa wysiadła i z rękami w kieszeniach płaszcza ruszyła w kierunku akademika. Wzdrygnęła się - wilgotny marcowy chłód przenikał ją na wskroś. Wcześniej, kiedy piła z Zuzą, było jej ciepło i chciała żeby już tak zostało, ale potem, jak zwykle poczynając od stóp, koniuszków palców i nosa, marzła. Kiedy wchodziła do akademika była już zupełnie zziębnięta. Natalia wyjechała na weekend do domu, więc chwilę przetrząsała sztruksową torbę w poszukiwaniu kluczy. Książka, kserówki, rzeczy na korki, butelka z resztką wody, tabletki od bólu głowy, rozpadająca się papierowa teczka... W końcu dostała się do środka, rzuciła torbę na łóżko i zdjęła długi pasiasty szalik. Przechodząc obok wieży włączyła ją i usiadła na łóżku obok, żeby zdjąć glany. Stara i dawno już passé płyta Nirvany zabrzmiała zmęczonym dwudziestoletnim głosem Cobaina. Znała ją na pamięć. Jej pisanie chyba zaczęło się od Nirvany i podobnie jak Kurt, nigdy żadnej nirwany nie osiągało. Tylko znużenie i ból. Dobry tytuł, pomyślała uśmiechając się w duchu, tylko nie bardzo wiadomo do czego. Sprawdziła, czy w czajniku elektrycznym jest woda i zaczęła robić sobie herbatę. Miała nadzieję, że nie zauważyli jej ci z drugiego piętra i nie przyjdą zabrać ją na imprezę. Chciała skorzystać z nieobecności Naty i pobyć trochę sama. Usiadła po turecku na łóżku i postawiła zaparzoną herbatę na stoliku obok wieży. Wyjęła z torby skserowaną i oprawioną książkę i otworzyła na drugim rozdziale. Muzyka nie przeszkadzała jej, była naturalnym dopełnieniem tego miejsca, jego półmroku, pomarańczowych ścian, herbaty i jej siedzącej po turecku na łóżku. Rozdział, który miała do przeczytania na poniedziałkowe ćwiczenia był jeszcze głupszy od poprzedniego. Ale, tak jak i tamten, trzeba go było oprawić i wypatroszyć wycinając wnioski i definicje kolorowym flamastrem i wyrzucając całą resztę. Tylko jakieś leniwe poczucie obowiązku sprawiło, że wszystko przeczytała. Po zakreśleniu ostatniego zdania rzuciła książkę niedbale na torbę i sięgnęła po papierosy. Zgasiła światło, otworzyła okno i usiadła na parapecie. Gorący płomień zapałki na moment oszukał jej dłonie. Zaciągając się raz za razem obserwowała wzór tworzony przez jasne i ciemne okna w bliźniaczym akademiku stojącym po drugiej stronie ulicy. W pokoju naprzeciwko niej światło było zgaszone. I bardzo dobrze, pomyślała Mewa. Było całkiem cicho i wprowadzając się jakby w trans rytmem wdechów i wydechów zaczęła łapać słowa, które przepływały jej przez głowę. Strzępki czytanej książki szybko ustąpiły określeniom i porównaniom, które brały się nie wiadomo skąd, jakby wciągała je razem z dymem coraz krótszego papierosa. Czuła, że pojawia się już pierwsze zdanie, ale wtedy przypomniało jej się, że ma jeszcze wypracowanie do sprawdzenia i te wszystkie kuszące i piękne słowa zaczęły wirować i uleciały gdzieś ponad dach akademika. Zaciągnęła się ostatni raz, bardzo, bardzo powoli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zuza weszła na ciemną, śmierdzącą kotami klatkę kamienicy i weszła na trzecie piętro. Kiedy weszła do mieszkania zalało ją oślepiające światło starego żyrandola, białych ścian, lustra i oszklonych drzwi do pokoju. Nieskończone białe pustkowie światła w czterech ścianach, pomyślała zdejmując kozaki. Z pokoju wyszła, uśmiechając się jak zawsze łagodnie przymkniętymi oczami, Ola – jak zawsze z rozkosznie rozmamłanymi blond włosami (Zuza wiedziała jak wiele pracy kosztuje ją ta fryzura każdego ranka), i przywitała się miękkim całusem i od razu wiesz co, ten koleś, z którym się umówiła i któremu chyba naprawdę zawróciła w głowie, chociaż naprawdę nie wie jak i dlaczego i że nawet odprowadził ją pod sam dom, chociaż mieszka w Wilanowie, a wiesz, nie wziął samochodu, i ona mu powiedziała, że Zuza jest w domu, żeby nie wchodził, no bo bez przesady, w końcu widzi go drugi raz w życiu, chyba dobrze zrobiła, nie?&lt;br /&gt;-Dobrze zrobiłaś. – powiedziała Zuza po raz kolejny chcąc, żeby to, co mówi miało jakiekolwiek znaczenie. Bo Ola właśnie tak samo pomyślała, że w końcu bez przesady, w końcu każdy facet jakby mu pozwolić to by chciał iść do łóżka od razu na pierwszej randce, a ona taka nie jest, przemyślała to, poza tym, jak myśli, że jesteś łatwa, to cię nie szanuje, ale co tak śmierdzi, jak ty śmierdzisz papierosami, za dużo palisz, to fatalnie robi na cerę, ona cię musi jakoś uratować, co ty, znowu idziesz palić, przecież to okropne, to się nazywa chain smoker, czyli palacz łańcuchowy, bo to jest jak łańcuch, że się tak ciągle wiesz, jednego od drugiego, czy wiesz o ile ten papieros skraca ci życie?&lt;br /&gt;Zuza wiedziała o ile skraca jej życie ta rozmowa, więc poszła na balkon. Zapaliła i oparła się o barierkę. Mgła zalegała nad miastem tłumiąc światła latarń i samochodów. Popatrzyła w górę. Gwiazd nie było widać, cała droga mleczna utonęła w brudnym mleku, dziś wieczorem tonęła w nim i Zuza. Strzepnęła popiół za balustradę i zastukała na niej długimi paznokciami. Nagle wyrzuciła z rozmachem niedopalonego papierosa i szybko weszła do pokoju. Jej wzrok padł na biurko, na którym leżał zeszyt. Otworzyła go na chybił trafił i pomiędzy notatkami z wykładów znalazła puste miejsce, kilka linijek przerwy. Nie siadając napisała:&lt;br /&gt;Barwna folia oczu&lt;br /&gt;Skreśliła i zaczęła gorączkowo pisać, jakby nie mogła już wytrzymać z tymi słowami pod czaszką, między językiem a podniebieniem, w dłoni:&lt;br /&gt;Przez barwną folię moich oczu&lt;br /&gt;i paznokci&lt;br /&gt;Nie rozpuszcza jej aceton&lt;br /&gt;ani łzy&lt;br /&gt;Rozczapierzam&lt;br /&gt;się by pochwycić&lt;br /&gt;Lecz wyślizgujesz się i&lt;br /&gt;pozostaje&lt;br /&gt;tylko&lt;br /&gt;Nie wiedziała jak skończyć. Zawahała się i usiadła. Przeczytała, potem jeszcze raz, ale ślizgała się tylko po sylabach i z ostatniego słowa spadała bezradnie w białą przepaść w kratkę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;C.D.N. (chyba)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-114204542590972432?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/114204542590972432/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=114204542590972432&amp;isPopup=true' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114204542590972432'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114204542590972432'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/03/niewidoczni.html' title='Niewidoczni'/><author><name>Pablo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00183328275122582940</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-114201410646573806</id><published>2006-03-10T18:50:00.000+01:00</published><updated>2006-03-10T19:08:26.476+01:00</updated><title type='text'>Tęcza w kałuży</title><content type='html'>&lt;div align="left"&gt;                                                       &lt;br /&gt;&lt;em&gt;,,Tchnął więc w serce człowiecze tęsknotę  przekraczającą granice &lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt;&lt;em&gt;świata i nie dającą się  zaspokoić tym, co na nim można znaleźć..." &lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt;&lt;em&gt;J.R.R. Tolkien ,,Silmarilion"&lt;/em&gt;                                                                         &lt;em&gt;  &lt;/em&gt;&lt;/div&gt;&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&lt;p&gt;I co? I nic.&lt;br /&gt;Jadę sterylnym metrem, poręcz jest zimna, szyba zniekształca mi twarz odbiciem, ale myśli moje błądzą tak jak i spojrzenie, które nie chce się zderzyć z obcym spojrzeniem. Błądzę, ale nie wiem czy szukam. I czy znalazłem. Szukajcie, a znajdziecie. Ale nie ma tu nic do znalezienia. Ja to wiem. A może mam po prostu zbyt niski poziom serotoniny. Podwyższa go czekolada i czerwone wino, którego nie mam z kim wypić. A może pić samemu, będzie więcej dla mnie. Serotoniny też.&lt;br /&gt;I co? I nic.&lt;br /&gt;A może pić to wino z - , podwyższać sobie poziom serotoniny przy pomocy - , być na haju przez 2-3 lata(bo na tyle jest nastawiony zegar biologiczny) z powodu - , zakochać się - w niej. Na przykład w niej. Nie, właśnie wyszła, to nie w niej. Może tej jedynej nawet nie zauważyłem, przeszła, minęła, otarła się o mnie, podczas gdy ja odbierałem smsa. Że obiad o piątej, i kiedy będę. A ona zniknęła z mojego życia zanim się w nim pojawiła, zostawiając włos, może kilka cząsteczek zapachu, a może nic. A ja jestem tu.&lt;br /&gt;I co? I nic.&lt;br /&gt;Ja. Dlaczego ja? Ja jest funkcją świadomości. Przyjmuję to do świadomości i jestem tego świadomy patrząc na reklamę ogłaszającą wielką obniżkę cen w Galerii. I wiem, że 100 lat temu zrozumiałbym to jako wyprzedaż dzieł sztuki. Obrazów, rzeźb, nie najnowszego modelu Citroena z następnej reklamy. Chociaż jest on prawdziwym dziełem sztuki. Nawet ma napisane: Picasso. A moja świadomość, która jest chorobą przewlekłą i z komplikacjami, uwiera, kłuje od wewnątrz, nawet kiedy zamknę oczy. Myślę, więc cierpię.&lt;br /&gt;I co? I nic.&lt;br /&gt;I gdy wyjeżdżam z metalicznego królestwa lśniących powierzchni i matowych twarzy, widzę wszystko. Błoto, papierki po cukierkach, na tle betonu Lech Olechowski twoim prezydentem, Andrzej Kaczyński twoim i skrzydło gołębia na ziemi. A dookoła śmietnika wiruje wzbijając się coraz wyżej zielona plastikowa torebka, o której średniowieczny poeta, gdyby ją nagle ujrzał, ułożyłby pieśń. I widzę niebo błękitne nade mną, które wcale nie jest błękitne samo w sobie, a tylko w moim umyśle. I jednego tylko nie widzę, przedmiotu poszukiwań wielu, co jednak powinno istnieć samo w sobie, a najlepiej w moim umyśle. A potem opuszczam głowę i widzę tęczę. Tęczę w kałuży. I mija ułamek sekundy, chwila, którą jak nic na świecie chciałbym zamienić w wieczność, zanim uzmysławiam sobie, że to olej silnikowy. Albo benzyna, nie pamiętam.&lt;br /&gt;I co? I nic.&lt;br /&gt;I zbliżam się do bloku, w którym mieszkam. Do bloku, który od kilku już lat wyłożony jest styropianem i pomalowany w optymistyczne barwy, każda klatka w inną. I wchodzę do niebieskiej, która od środka mniej optymistycznie śmierdzi kocimi szczynami, ale którą powinienem kochać, bo jest moja. I wita mnie pies bardzo się starając merdać ogonem, którego nie ma. I jest szczęśliwy, ponieważ jestem, a nieszczęśliwy tylko gdy mnie nie ma. I ten haj nie kończy mu się po 2-3 latach, a dopiero po 12-14, w momencie śmierci. I przychodzi Matka i zadaje zwyczajowe pytania:&lt;br /&gt;I co? I nic.&lt;br /&gt;I wraca Ojciec z pracy, która go nie obchodzi, do domu, który go nie obchodzi, i bierze gazetę, która może go obchodzi, a może nie. A ja patrzę na nich i nie wiem, czy ich myśli też kiedyś tak błądziły, choć według praw genetyki to bardzo prawdopodobne. Czy szukali i czy znaleźli, bo jeśli tak, to patrząc na nich nie chcę nigdy znaleźć tego samego, pierdolę! A na pierwszej stronie gazety Taty ogień, krew i łzy, co w otoczeniu świątecznej promocji Tak Tak i premiery nowego filmu Zanussiego, przestaje być ogniem i krwią samą w sobie, a staje się jednym z klocków mojej świadomości, wciśniętym gdzieś pomiędzy inne, nieco mniej uwierające klocki.&lt;br /&gt;I co? I nic.&lt;br /&gt;I chcę uciec, choć nie wiem dokąd, chcę uciec od tu i teraz, bo tu i teraz nic znaleźć się nie da, jest tylko pstrokata wieża Babel, piętro różnokolorowych klocków, które nie układają się w żaden wzór.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;I co?&lt;/p&gt;&lt;p&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-114201410646573806?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/114201410646573806/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=114201410646573806&amp;isPopup=true' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114201410646573806'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114201410646573806'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/03/tcza-w-kauy.html' title='Tęcza w kałuży'/><author><name>Pablo</name><uri>http://www.blogger.com/profile/00183328275122582940</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-114181349300904708</id><published>2006-03-08T11:21:00.000+01:00</published><updated>2006-03-08T11:24:53.020+01:00</updated><title type='text'>Kaczucha</title><content type='html'>Siedzieliśmy w parku jedząc bułki, kiedy Suchy nagle zaczął coś tam mamrotać z pełną gębą. Nikt go nie słuchał, nawet kiedy wstał i zaczął machać swoimi za długimi łapskami. Koza patrzyła na niego jak na debila i pukała się w czoło, reszta żuła swoje bułki i w dupie miała Suchego i jego szopki.&lt;br /&gt;W końcu Suchy przełknął i sapnął:” O, kurwa!”. A jego wielki paluch wskazywał na coś za naszymi plecami. Oczy miał wielkie jak rondle zeptera, więc odwróciliśmy głowy. Od placu bankowego nadciągał wielki cień. Jak chmura. Jak zapowiedź potężnej ulewy. Ale było w nim coś dziwacznego, jakieś złowrogie napięcie. Zamknęliśmy się i wtedy usłyszeliśmy najdziwniejszy dźwięk świata. Jak szum fal, albo łopot firanek, ale dużo głośniejszy. Cień przesuwał się w naszą stronę nasilając szum. Nie było wątpliwości, że jakoś się ze sobą wiązały.&lt;br /&gt;Jakoś wiązały się też pewnie z tłumem ludzi biegnących w naszą stronę z przerażeniem na twarzach. Mieli szeroko otwarte usta i widać było, że krzyczą. Ale nadal nie było słychać nic oprócz łopotu.  Coraz głośniejszego. Siedzieliśmy jak głupole z otwartymi gębami i niedojedzonymi bułkami w zmarzniętych dłoniach i patrzyliśmy na to wszystko nie rozumiejąc nic.&lt;br /&gt;I wtedy Lans spojrzał w górę. I wszyscy popatrzyliśmy za nim. Na niebie wisiało ogromne ptaszysko. Wielki brązowy potwór rozmiarów Boeinga. Chybotał się między chmurami koślawo i niepewnie. Żółte łapy wisiały pokracznie pod ogromnym kuprem. Nieproporcjonalnie małe ślepia wpatrywały się w zadeptujący się tłum. Dziób miało to to rozdziawiony. Wisiało nad miastem i mógłbym przysiąc, że śmiało się, że ten dziób krzywił się w kpinie. Ludzie biegli, potykali się o niezwiązane sznurowadła i nogi innych. Krzyczeli bezgłośnie i wyciągali ręce, żeby się odpychać , nikt nie ustępował drogi dzieciom i kobietom w ciąży. W dupie mieli staruszków i kaleki. Wszyscy parli przed siebie na oślep. Tylko my siedzieliśmy, zbyt zdziwieni by się ruszyć. Zbyt zaskoczeni, by myśleć choćby. Cień przesuwał się bliżej i bliżej, aż w zenicie mieliśmy ptasie podbrzusze. Aż widzieliśmy tylko umazane błotem czy gównem pióra skrzydeł tuż nad naszymi głowami. Aż musieliśmy zakrywać uszy żeby nie ogłuchnąć od szumu. „Kaczucha” wyczytałem z ust Suchego, kiedy to ptasie dziwadło podnosiło go z ziemi za kaptur. „Kaczucha” powtarzał Suchy kiedy jego nogi dyndały bezwładnie nad ziemią. Patrzyliśmy na jego za długie ręce kiedy zdziwiony drapał się po głowie wisząc z dzioba ptaszyska. „Kaczucha” powtórzył rozbawiony, zanim kaczucha zgrabnym ruchem wielkiego łba podrzuciła go i chwyciła w locie w szeroko rozdziawiony dziób. Widzieliśmy zarys jego zbyt długich rąk wyraźnie przesuwających się wzdłuż ptasiego przełyku.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-114181349300904708?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/114181349300904708/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=114181349300904708&amp;isPopup=true' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114181349300904708'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114181349300904708'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/03/kaczucha.html' title='Kaczucha'/><author><name>zzzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/05707592879992423057</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-23617612.post-114177026776465603</id><published>2006-03-07T23:19:00.000+01:00</published><updated>2006-03-07T23:24:27.770+01:00</updated><title type='text'>kaczka</title><content type='html'>&lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;Papier nasiąkał wyjątkowo wolno. Kreta była ledwo mokra, Tunezja trochę się przetarła, ale nijak nie chciała tonąć, Cypr jakoś dziwnie się wybrzuszył. Majorka spoczywała na dnie wanny, ale to tylko dlatego, że Kaczka oszukiwała i podtopiła ją stopą. Przez niewielkie okienko pod samym sufitem oglądała kawałek zimnego warszawskiego nieba, czując, jak wysycha w niej wszelka radość. Przykleiła mokre foldery do ściany i patrzyła, jak odpadają. Plusk. Plusk. Tyle na temat marzeń o zimie z dala od tej cholernej Syberii.&lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;                  &lt;/span&gt;************&lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;Czy ty byś się z nami Kaczka nie chciała wybrać na imprezę, nie, a dlaczego, powiedz, kiedy się gdzieś ostatnio ruszyłaś, no powiedzże coś, dajcie mi święty spokój, ej ty patrz idzie kaczka, kaaaczka, weź zagdacz, zakwacz chyba, nie, jak to się mówi, ty weź patrz na jej tennnnnooo, dziób, haha, hahaha, ale zasuwa, kaczkaaa, ee, poszła sobie, no i co wy od niej chcecie, nie wiem, śmieszna jest, w ogóle nie wygląda jak dziewczyna i w ogóle jakaś dziwna. No, i w ogóle. &lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;              &lt;/span&gt;**************&lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;W domu czekają z obiadem, zupełnie bez sensu, bo Kaczka postanowiła nie jeść nic zupełnie nic aż do wiosny, czasem trochę warzyw, tak, warzywa to tak, albo może jak bardzo będzie głodna to jakąś pizzę, bo pizza brzmi jak kraj, w którym zawsze świeci słońce, ale pewnie i pizzy nie, bo zupełnie nie odczuwa głodu, w ogóle wszak wysycha, wysychają jej najzwyklejsze uczucia i potrzeby, aż dziwne, że do łazienki chodzi, trochę ją to zastanawia, przechyla głowę i myśli, czy jak idzie do łazienki, to najpierw myśli „chce mi się”, czy po prostu tak sobie automatycznie tam idzie, z przechyloną głową tkwi w drzwiach jadalni na oczach całej rodziny, oni patrzą na nią, ona wpatruje się w swój pejzaż fizjologiczny, ojciec zauważa, że teraz to zupełnie jak kaczka wygląda i że obiad stygnie, a Kaczka tonem odkrycia mówi, nawet siku mi się nie chce.&lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;       &lt;/span&gt;*********************&lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;Jeszcze trochę cieszy ją wbijanie gwoździ w ścianę, jakoś tak odpręża, to i powolne gnicie w wannie to najlepsze zajęcia na zimę, w sumie z wanną trochę łatwiej, bo jak gwoździe wbija, to sąsiedzi się skarżą, mama próbuje ją tłumaczyć, cos tam szepcze o lekach i wymienia jakieś słowa, które nic tak dobrze nie zagłusza jak porządnie wbijany gwóźdź, sąsiedzi wkurzają się już konkretnie, wtedy czas na wyjście Kaczki z pokoju, z mokrą grzywką staje w drzwiach, podnosi na sąsiada/sąsiadkę nabiegły wodą z wanny wzrok i przeciągle nie wiedzieć czemu kaszle, to ich zawsze jakoś zbija z tropu i odchodzą. Kaczka żegna ich wydymając usta, teraz to już naprawdę wygląda jak kaczka.&lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;   &lt;/span&gt;*********************&lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;Czasem nawet lubi sobie poczytać, a może nawet nie lubi, tylko po prostu nie ma nic lepszego do zabicia czasu do wiosny za pomocą. Lubi, jak w książkach są poprawne zdania, wtedy brzmią jak obcy język, ona nie potrafi tak mówić, a może potrafi, tylko co z tego, skoro jej się nie chce. Najpiękniejsze jest to, że nikt jej niczego nie zabrania, nawet jak używa brzydkich słów, albo jak się w ogóle nie odzywa, albo jak krzyczy, a potem płacze tymi swoimi suchymi łzami, niczego tak się nie boją, jak suchych łez, wszyscy wiedzą, że to pierwszy sygnał, a potem Kaczka uschnie całkowicie, stopniowo będzie schła, aż. Boją się, gdy siedzi w oknie z tym swoim wodnistym wzrokiem utkwionym w niebo, niby nie pokazują tego po sobie, ale Kaczka ma tu pełną jasność, wie o każdym słowie, zwłaszcza przymiotniki nigdy jej nie umkną, wie, że myślą „wodnisty”, wie, że myślą „suche”. Ona, co dziwne, najczęściej myśli słowa typu „masztalerz”. Mają więcej sensu niż cokolwiek.&lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;   &lt;/span&gt;*******************&lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;Śnią jej się zwykle rzeczy nie do opisania, podejrzewa, że to dlatego, że się tak niepoprawnie wyraża, gdyby wyrażała się tak pięknie jak w książkach, może potrafiłaby to jakoś opowiedzieć. Często budzi się w nocy i zapisuje stan pacjentki, stan pacjentki stabilny, poważne odwodnienie, potrzeba powiększenia słownictwa, potrzeba większej ilości słońca, temperatury nie stwierdzono, puls boleśnie odczuwalny, brak kilku gwoździ w ścianie, doraźnie zaleca się kąpiel. Gdy ponownie zasypia, pod mokrą grzywką złośliwie mruży wodniste oczy, nikt nie wie, że masztalerz pozamieniał kurki z ciepłą i zimną wodą, sprytny ten masztalerz, na pewno pozamieniał też pory roku, ale to się sprawdzi jutro, o ile przez noc nie przyschnie do najeżonej gwoźdźmi ściany.&lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;&lt;!--[if !supportEmptyParas]--&gt; &lt;!--[endif]--&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;   &lt;p style="font-family: lucida grande; color: rgb(51, 204, 0);" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/23617612-114177026776465603?l=aromat-identyczny.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/feeds/114177026776465603/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=23617612&amp;postID=114177026776465603&amp;isPopup=true' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114177026776465603'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/23617612/posts/default/114177026776465603'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://aromat-identyczny.blogspot.com/2006/03/kaczka.html' title='kaczka'/><author><name>jakuzz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04552229939728467739</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
